Okruchy czasu
niedziela, 13 stycznia 2013
czwartek, 13 grudnia 2012
Stolica ante portas
Po blisko pół wieku bolesnych eksperymentów na
żywym ciele narodu drżał w posadach na naszych oczach system
społeczno-gospodarczy dumnie ogłoszony ustrojem sprawiedliwości społecznej. Ten
system, który w założeniu genialnych ideologów miał zapewnić ludzkości po
wszystkie czasy niczym nieograniczony dobrobyt.
Mimo buńczucznych zapowiedzi, szczodrze rozdawanych obietnic,
nagłaśniania nielicznych, autentycznych sukcesów oraz głębokiego skrywania o
wiele liczniejszych porażek, nie udało się. Kraj ogarniała pełzająca rewolucja.
Trwająca wiele miesięcy fala strajków i eskalacja żądań płacowych doszczętnie
wyniszczyła słabnącą z dnia na dzień gospodarkę. Każdy, kto żądał więcej,
większy zyskiwał poklask i podnosił poprzeczkę społecznych oczekiwań na poziom
pozostający w sferze niemożliwych do spełnienia marzeń. Z dnia na dzień
radykalizowała się postawa czołowych przywódców Solidarności. Na naradzie w
Radomiu Wałęsa zapowiadał targanie sie z władzą po szczękach, Nikt już nie
panował nad postępującą anarchią. Na większość funkcjonariuszy wszechobecnej
dotąd i wszechwładnej partii komunistycznej padł blady strach.
Zaśnieżona i oblodzona Warszawa szokowała
mnogością antykomunistycznych napisów na murach. -Telewizja kłamie –
informowały przyjezdnych liczne graffiti. Najbardziej widoczne było jednak
hasło Solidarność. Przyciągało wzrok ostrą czerwienią farby. Widniało na
murach, przystankach w rządowych gmachach a nawet na korytarzu przed wejściem
do gabinetu ministra.- Rząd chce zagłodzić naród. Ukrywa żywność, żeby głodni
ludzie zwrócili się przeciw walczącej Solidarności – głosiły wypisane hasła,
których już nikt nie ścierał, nie zrywał i nie polemizował z nimi w rządowych
mediach. Ta bezradność reżymu wyglądała na mocno podejrzaną, Czuło się, że to
może być cisza przed burzą. W sklepach można było zdobyć tylko chleb i mleko. W
przydrożnych gospodach zabrakło nawet zwykłej wódki a za szybą chłodniczej lady
tkwiła smętnie, trzęsąca się galaretka. Wysocy urzędnicy ministerstwa karnie
czekali w bufetowej kolejce na skromne kanapki śniadaniowe. Dla spóźnionych
zostało już tylko drożdżowe ciasto.
piątek, 2 listopada 2012
wtorek, 9 października 2012
Wyścig Pokoju
Podczas zaimprowizowanych pogawędek przy
kieliszku rozmawiano przede wszystkim o polityce. O tej wielkiej, światowej i o
tej bliskiej, z gminnego majdanu. Dziesięć lat po wojnie wygasały już skutki
traumy z tamtych, mrocznych lat. Coraz rzadziej wspominano okupacyjną gehennę,
okrucieństwo okupantów, partyzancką legendę. Na majowym pikniku dominowały
tematy sportowe, ale również te sprawy ja wszystkie inne wyrastały z
politycznej tkanki. Na murawie rozłożono wszelkie dobra biesiadne w postaci
napojów i zakąsek. Wśród nich królowała litrowa butelka z cienką szyjką
oznaczona czerwoną etykietą z napisem: Wódka czysta, zwykła. Brązowy lak był
zerwany z korka a ten do połowy wyciągnięty z szyjki. Każdy z ucztujących
wyposażony był w szklankę po musztardzie. Była to wyższa forma biesiadowania,
bo na ogół w warunkach polowych zadowalano się jedną szklanką, z której pili
kolejno wszyscy. Zanim czysta zabulgotała nad musztardówką padło zasadnicze
pytanie, które niczym kamyk w bucie uwierało niemal każdego obserwatora
Wyścigu.
- Alek jak
ty myślisz, czy nasi dadzą radę wygrać, chociaż jeden etap? – z szacunkiem
zwrócił się do starszego kuzyna Stasiek
Szczepanik.
Zanim ojciec zdążył nu odpowiedzieć włączył się do rozmowy
leśniczy, Sierszeń. Leśniczy, człowiek stateczny i zrównoważony mieszkał na
Wygodzie skąd ochraniał Jeżowski Las. Miał syna nieco ode mnie starszego o
wyglądzie jakby z bajki o mchu i paproci. Ze względu na oryginalną, nietypową
urodę dzieciarnia wołała na niego leśny duszek a przezwisko idealnie pasowało
do fizjonomii przyszłego inżyniera. Ojciec chłopca znany był z
bezkompromisowego antykomunizmu.
- To ty nie wiesz chłopcze, że naszym wygrać
nie wolno nie tylko z Ruskimi, ale
także z Niemcami Wschodnimi – z lekką
irytacją w głosie powiedział.
- Nasi nie mogą wygrać, bo są słabi po
zalewajce. Co innego Ruskie i Szkopy po
kiełbasie z naszych świń – szydził Henryk
Ałaszewski pracujący w GS-e, jako
referent do skupu żywca.
W międzyczasie biesiadujący na trawie miłośnicy kolarstwa
wychylili po pół szklanki czystej
zakąszając wyjątkowo smaczną kaszanką. Dla zaostrzenia
apetytu jedli też grzybki w occie i kiszone ogórki z weków pochodzących z
domowych zapasów. Chwilę później, gdy zadziałała moc uwolniona z litrowej butelki
opatrzonej znakiem Polskiego Monopolu Spirytusowego dyskusja weszła na wyższy
pułap nabierając tempa i wigoru. Ciszę przed burzą wykorzystał ojciec.
- Słyszałem w biurze od kilku osób, że Ruscy
przeszkadzają naszym na trasie
i finiszach w niedozwolony sposób –
powiedział.
- To prawda, wczoraj podobno była w peletonie
okropna rozróba. prawie regularna
bitwa. Królak torował sobie drogę na
finiszu za pomocą pompki rowerowej, bo
Ruskie paskudnie zajeżdżali mu drogę a jeden to go nawet trzymał za
siodełko.
Tych, co wczoraj przeszkadzali Królakowi
możemy dzisiaj łatwo rozpoznać po
Bandażach na głowach – włączył się do
rozmowy Stasiek Szczepanik.
- Skąd ty o tym wiesz? Może Tuszyński
opowiadał przez radio? – Zapytał
z ironią
Stanisław Kulik.
- Bogdan Tuszyński widział wszystko, ale nie
wolno mu przez radio mówić
źle o
zawodnikach radzieckich.
- Takie
głupoty to mógł opowiadać tylko Ałaszewski –powiedział Kulik
widząc, że
Henryk odszedł na bok i nie może usłyszeć jego zaczepki.
Kulika z Ałaszewskim dzielił
jakiś antagonizm, więc często się sprzeczali. Kulik miał się za lepszego
pracownika i nie szczędził Henrykowi złośliwych uwag. Swoje monologi kończył
zawsze stwierdzeniem. Co dobre to ja a co złe to Hałaszewski. Przekręcając
brzmienie nazwiska Henryka Stanisław nawiązywał złośliwie do jego głośnego
sposobu mówienia, często na granicy krzyku. Tym razem zakończył innym, słynnym
powiedzeniem: Jeszcze dzisiaj nic nie jadłem i mam ostatnie pięć złotych.
Mówiąc te słowa Kulik nagle zreflektował się, że strzelił gafę, bo wszyscy
widzieli jak przed chwilą spałaszował sporych rozmiarów serdelka. Zanim
skończył wrócił Ałaszewski mocno rozsierdzony, bo okazało się, że słyszał cały
monolog swego adwersarza. Widząc, co się dzieje włączył się do rozmowy
niezawodny mediator Albin Dajcz i szybko pogodził zwaśnionych kolegów.
- Dajmy spokój
polityce, porozmawiajmy o kolarzach – namawiał Szczepanik.
- Pogadajmy o
Hidusach, którzy jadą w turbanach na głowach i wcale nie chcą
się ścigać.
Onegdaj jechali sobie spacerowo 3 godziny za peletonem. Zanim
dojechali do
bufetu z żywnością nic tam już nie było, bo wszystko Ruskie
Ruskie zjedli
– zaproponował Sierszeń.
- Wiem, słyszałem, że mieli
pragnienie, dlatego zatrzymali się w Rozprzy
przy budce
z piwem – uzupełnił Stasiek Szczepanik.
- To chyba
jakaś bujda na resorach – pozłościł się ojciec.
- Może tak
a może nie! Na pewno w Wyścigu jedzie trzech braci Klabińskich
Dwóch reprezentuje Francję w zespole
polonijnym a jeden wrócił do Polski
i ówdzie w naszej drużynie – włączył się
Ałaszewski.
- To chyba wariat ten Klabiński. Jak
mając zdrowy rozum można zamienić?
dobrobyt
we Francji na biedę w komunistycznym jarzmie – skomentował
leśniczy
Sierszeń rzekomą głupotę francuskiego kolarza zawodowego.
W żaden sposób koledzy
ucztujący na majowej trawie nie mogli zmienić tematu rozmowy, bo Ruskie i
polityka to była powracająca melodyjka, której trudno się pozbyć i sposób o
niej zapomnieć.
Pod czujnym okiem
kierownika Juliusza Wawrzynkowskiego i Stanisławy Migdał, Barbary Dróżdż,
Doroty Biernackiej, młodych wolskich nauczycielek uczniowska gromada oczekiwała
niecierpliwie na przejazd kolarzy. Młodzież utworzyła szpaler po obu stronach
szosy. Na rozgrzanym w słońcu asfalcie nic nie działo jakby nie liczyć
niedozwolonego przechodzenia z jednej na druga stronę. Początkowy rozgardiasz ucichł, narastała
powoli nuda i wtedy drgnęło coś w tłumie na widok nadjeżdżających od Rozprzy
samochodów. Porządkowi nawoływali do odsunięcia się od drogi. Wreszcie
szpalerem przejechał motocyklista. Na plecach wiózł tablicę z napisem: Pilot
wyścigu. - Jadą! Jadą! – zawrzało wśród dzieciarni mocno zaciskające dłonie na
patykach chorągiewek. W niespełna minutę za pilotem pędziła, co sił w nogach
kilkunastoosobowa czołówka wyścigu. Zafurkotały chorągiewki, zanim jednak na
dobre zabrzmiały okrzyki i oklaski unoszący się prawie nad rowerami zawodnicy
przemknęli jak kolorowa smuga cienia.
- Ruski prowadził
– powiedział ktoś z tłumu.
- Nieprawda! To
był Polak Wilczewski – rozległo się kilka głosów pełnych
patriotycznego
oburzenia.
Pogłos emocji wśród młodzieży
wywołanych prze przejazd czołówki dotarł do miejsc gdzie biesiadowali dorośli uczestnicy
imprezy w uroku majowego przedpołudnia. Kto tylko mógł zerwał się na równe
nogi. Z różnych zakamarków wybiegli jakby nagle zbudzeni ludzie i rzucili się oglądać
nadjeżdżający peleton. Zanim jednak zdołali znaleźć sobie miejsce przy samej
jezdni zobaczyli plecy szybko oddalających się kolarzy i nadjeżdżający autobus
z napisem. Koniec wyścigu.
czwartek, 4 października 2012
Stolica ante portas
Wczesnym rankiem we wtorek 8
grudnia 1981 roku droga z Piotrkowa do Warszawy lśniła lodowym blaskiem. Biała
wołga sunęła dostojnie po tej ślizgawce. Wprawdzie pługi śnieżne dobrze
przetarły najważniejszy w Polsce szlak między Śląskiem a stolicą to jednak nikt
nie kwapił się do posypywania jezdni piaskiem zmieszanym z solą. Polska tonęła
w historycznym zamęcie, więc trudno było wymagać od przedsiębiorstw
odpowiedzialnych za utrzymanie dróg skutecznego działania, skoro w normalnych
warunkach nigdy nie spisywały się na miarę oczekiwań użytkowników. Przewidując
fatalny stan słynnej gierkówki wyjechaliśmy z dużym zapasem czasowym, żeby z
powodu jakiś niesprzyjających okoliczności nie zarwać z takim trudem uzyskanej
audiencji u samego Ministra Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Dla ludzi z
prowincji już sama wizyta u ministra była nie lada nobilitacją Takie były
czasy. Ludowa władza wielce się
ceniła i była niedostępna dla zwykłych obywateli, aż do chwili, kiedy pod
presja nieustających strajków i demonstracji z większości nadętych jak balony
dygnitarzy wyszło sporo powietrza, wtedy zaczęli dostrzegać i doceniać niżej
postawionych od nich w hierarchii społecznej ludzi, szczególnie tych, którzy w
imię wyższych racji odważyli się borować im dziury w brzuchach.
Po blisko pół wieku bolesnych eksperymentów na
żywym ciele narodu drżał w posadach na naszych oczach system
społeczno-gospodarczy dumnie ogłoszony ustrojem sprawiedliwości społecznej. Ten
system, który w założeniu genialnych ideologów miał zapewnić ludzkości po
wszystkie czasy niczym nieograniczony dobrobyt.
Mimo buńczucznych zapowiedzi, szczodrze rozdawanych obietnic,
nagłaśniania nielicznych, autentycznych sukcesów oraz głębokiego skrywania o
wiele liczniejszych porażek, nie udało się. Kraj ogarniała pełzająca rewolucja.
Trwająca wiele miesięcy fala strajków i eskalacja żądań płacowych doszczętnie
wyniszczyła słabnącą z dnia na dzień gospodarkę. Każdy, kto żądał więcej,
większy zyskiwał poklask i podnosił poprzeczkę społecznych oczekiwań na poziom
pozostający w sferze niemożliwych do spełnienia marzeń. Z dnia na dzień
radykalizowała się postawa czołowych przywódców Solidarności. Na naradzie w
Radomiu Wałęsa zapowiadał targanie sie z władzą po szczękach, Nikt już nie
panował nad postępującą anarchią. Na większość funkcjonariuszy wszechobecnej
dotąd i wszechwładnej partii komunistycznej padł blady strach.
Zaśnieżona i oblodzona Warszawa szokowała
mnogością antykomunistycznych napisów na murach. -Telewizja kłamie –
informowały przyjezdnych liczne graffiti. Najbardziej widoczne było jednak
hasło Solidarność. Przyciągało wzrok ostrą czerwienią farby. Widniało na
murach, przystankach w rządowych gmachach a nawet na korytarzu przed wejściem
do gabinetu ministra.- Rząd chce zagłodzić naród. Ukrywa żywność, żeby głodni
ludzie zwrócili się przeciw walczącej Solidarności – głosiły wypisane hasła,
których już nikt nie ścierał, nie zrywał i nie polemizował z nimi w rządowych
mediach. Ta bezradność reżymu wyglądała na mocno podejrzaną, Czuło się, że to
może być cisza przed burzą. W sklepach można było zdobyć tylko chleb i mleko. W
przydrożnych gospodach zabrakło nawet zwykłej wódki a za szybą chłodniczej lady
tkwiła smętnie, trzęsąca się galaretka. Wysocy urzędnicy ministerstwa karnie
czekali w bufetowej kolejce na skromne kanapki śniadaniowe. Dla spóźnionych
zostało już tylko drożdżowe ciasto.
Minister Rolnictwa Jerzy Wojtecki przyjął mnie
w gabinecie w towarzystwie kilku dyrektorów departamentów. Towarzyszyli mi:
Stanisław Boczek sekretarz Komitetu Wojewódzkiego partii i wicewojewoda
Franciszek Jaciubek. Było to pierwsze z zapowiedzianych kilku spotkań na
rządowym szczeblu. Następnym rozmówcą miał być generał Czesław Piotrowski
Minister Górnictwa i Energetyki. Wyglądało na kuriozum, że mnie opozycjonistę
porywającego się na wymuszenie zmian w uchwale Rady Ministrów, powołującej do
życia potężny kompleks paliwowo-energetyczny pomagali funkcjonariusze reżymu,
którzy załatwili mi spotkania z najwyższymi dostojnikami w państwie. To już nie
byli ci dawni, niedostępni dygnitarze. Osobiście przekonałem się, że znajdująca
się pod silną społeczną presją władza była wtedy otwarta na konstruktywne
rokowania z opozycją na każdy temat, no może z wyjątkiem zerwania zależności od
Związku Radzieckiego i opuszczenia obozu państw socjalistycznych. To była nowa,
jakość u tych dogmatyków jeszcze wczoraj ślepo kierujących się
marksistowsko-leninowską doktryną. Nie ulegało wątpliwości, że to Solidarność
wydostawszy się spod tonującego nastroje społeczne wpływu Kościoła otwarcie
dąży do totalnej konfrontacji. Świadczyło o tym fiasko mediacji prymasa Józefa
Glempa na spotkaniu Wałęsy a Jaruzelskim i odrzucenie prośby generała o
dziewięćdziesiąt spokojnych dni. W grudniowym, mroźnym powietrzu wisiała
zapowiedź jakiegoś kataklizmu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



