czwartek, 13 grudnia 2012

Stolica ante portas



 Po blisko pół wieku bolesnych eksperymentów na żywym ciele narodu drżał w posadach na naszych oczach system społeczno-gospodarczy dumnie ogłoszony ustrojem sprawiedliwości społecznej. Ten system, który w założeniu genialnych ideologów miał zapewnić ludzkości po wszystkie czasy niczym nieograniczony dobrobyt.  Mimo buńczucznych zapowiedzi, szczodrze rozdawanych obietnic, nagłaśniania nielicznych, autentycznych sukcesów oraz głębokiego skrywania o wiele liczniejszych porażek, nie udało się. Kraj ogarniała pełzająca rewolucja. Trwająca wiele miesięcy fala strajków i eskalacja żądań płacowych doszczętnie wyniszczyła słabnącą z dnia na dzień gospodarkę. Każdy, kto żądał więcej, większy zyskiwał poklask i podnosił poprzeczkę społecznych oczekiwań na poziom pozostający w sferze niemożliwych do spełnienia marzeń. Z dnia na dzień radykalizowała się postawa czołowych przywódców Solidarności. Na naradzie w Radomiu Wałęsa zapowiadał targanie sie z władzą po szczękach, Nikt już nie panował nad postępującą anarchią. Na większość funkcjonariuszy wszechobecnej dotąd i wszechwładnej partii komunistycznej padł blady strach.

 Zaśnieżona i oblodzona Warszawa szokowała mnogością antykomunistycznych napisów na murach. -Telewizja kłamie – informowały przyjezdnych liczne graffiti. Najbardziej widoczne było jednak hasło Solidarność. Przyciągało wzrok ostrą czerwienią farby. Widniało na murach, przystankach w rządowych gmachach a nawet na korytarzu przed wejściem do gabinetu ministra.- Rząd chce zagłodzić naród. Ukrywa żywność, żeby głodni ludzie zwrócili się przeciw walczącej Solidarności – głosiły wypisane hasła, których już nikt nie ścierał, nie zrywał i nie polemizował z nimi w rządowych mediach. Ta bezradność reżymu wyglądała na mocno podejrzaną, Czuło się, że to może być cisza przed burzą. W sklepach można było zdobyć tylko chleb i mleko. W przydrożnych gospodach zabrakło nawet zwykłej wódki a za szybą chłodniczej lady tkwiła smętnie, trzęsąca się galaretka. Wysocy urzędnicy ministerstwa karnie czekali w bufetowej kolejce na skromne kanapki śniadaniowe. Dla spóźnionych zostało już tylko drożdżowe ciasto.

wtorek, 9 października 2012

Wyścig Pokoju


             Podczas zaimprowizowanych pogawędek przy kieliszku rozmawiano przede wszystkim o polityce. O tej wielkiej, światowej i o tej bliskiej, z gminnego majdanu. Dziesięć lat po wojnie wygasały już skutki traumy z tamtych, mrocznych lat. Coraz rzadziej wspominano okupacyjną gehennę, okrucieństwo okupantów, partyzancką legendę. Na majowym pikniku dominowały tematy sportowe, ale również te sprawy ja wszystkie inne wyrastały z politycznej tkanki. Na murawie rozłożono wszelkie dobra biesiadne w postaci napojów i zakąsek. Wśród nich królowała litrowa butelka z cienką szyjką oznaczona czerwoną etykietą z napisem: Wódka czysta, zwykła. Brązowy lak był zerwany z korka a ten do połowy wyciągnięty z szyjki. Każdy z ucztujących wyposażony był w szklankę po musztardzie. Była to wyższa forma biesiadowania, bo na ogół w warunkach polowych zadowalano się jedną szklanką, z której pili kolejno wszyscy. Zanim czysta zabulgotała nad musztardówką padło zasadnicze pytanie, które niczym kamyk w bucie uwierało niemal każdego obserwatora Wyścigu.
            - Alek jak ty myślisz, czy nasi dadzą radę wygrać, chociaż jeden etap? – z szacunkiem     
              zwrócił się do starszego kuzyna Stasiek Szczepanik.
Zanim ojciec zdążył nu odpowiedzieć włączył się do rozmowy leśniczy, Sierszeń. Leśniczy, człowiek stateczny i zrównoważony mieszkał na Wygodzie skąd ochraniał Jeżowski Las. Miał syna nieco ode mnie starszego o wyglądzie jakby z bajki o mchu i paproci. Ze względu na oryginalną, nietypową urodę dzieciarnia wołała na niego leśny duszek a przezwisko idealnie pasowało do fizjonomii przyszłego inżyniera. Ojciec chłopca znany był z bezkompromisowego antykomunizmu.
             - To ty nie wiesz chłopcze, że naszym wygrać nie wolno nie tylko z Ruskimi, ale
               także z Niemcami Wschodnimi – z lekką irytacją w głosie powiedział.
                                                                                                                                                          - Nasi nie mogą wygrać, bo są słabi po zalewajce. Co innego Ruskie i Szkopy po
               kiełbasie z naszych świń – szydził Henryk Ałaszewski pracujący w GS-e, jako
               referent do skupu żywca.
W międzyczasie biesiadujący na trawie miłośnicy kolarstwa wychylili po pół szklanki czystej
zakąszając wyjątkowo smaczną kaszanką. Dla zaostrzenia apetytu jedli też grzybki w occie i kiszone ogórki z weków pochodzących z domowych zapasów. Chwilę później, gdy zadziałała moc uwolniona z litrowej butelki opatrzonej znakiem Polskiego Monopolu Spirytusowego dyskusja weszła na wyższy pułap nabierając tempa i wigoru. Ciszę przed burzą wykorzystał ojciec.
               - Słyszałem w biurze od kilku osób, że Ruscy przeszkadzają naszym na trasie
                i finiszach w niedozwolony sposób – powiedział.
                                                                                                                                                          - To prawda, wczoraj podobno była w peletonie okropna rozróba. prawie regularna
                 bitwa. Królak torował sobie drogę na finiszu za pomocą pompki rowerowej, bo
                 Ruskie paskudnie zajeżdżali mu drogę a jeden to go nawet trzymał za siodełko.
                 Tych, co wczoraj przeszkadzali Królakowi możemy dzisiaj łatwo rozpoznać po
                 Bandażach na głowach – włączył się do rozmowy Stasiek Szczepanik.
                                                                                                                                                          - Skąd ty o tym wiesz? Może Tuszyński opowiadał przez radio? – Zapytał
                   z ironią Stanisław Kulik.
                                                                                                                                                           - Bogdan Tuszyński widział wszystko, ale nie wolno mu przez radio mówić
                    źle o zawodnikach radzieckich.
                    
                   - Takie głupoty to mógł opowiadać tylko Ałaszewski –powiedział Kulik
                    widząc, że Henryk odszedł na bok i nie może usłyszeć jego zaczepki.

Kulika z Ałaszewskim dzielił jakiś antagonizm, więc często się sprzeczali. Kulik miał się za lepszego pracownika i nie szczędził Henrykowi złośliwych uwag. Swoje monologi kończył zawsze stwierdzeniem. Co dobre to ja a co złe to Hałaszewski. Przekręcając brzmienie nazwiska Henryka Stanisław nawiązywał złośliwie do jego głośnego sposobu mówienia, często na granicy krzyku. Tym razem zakończył innym, słynnym powiedzeniem: Jeszcze dzisiaj nic nie jadłem i mam ostatnie pięć złotych. Mówiąc te słowa Kulik nagle zreflektował się, że strzelił gafę, bo wszyscy widzieli jak przed chwilą spałaszował sporych rozmiarów serdelka. Zanim skończył wrócił Ałaszewski mocno rozsierdzony, bo okazało się, że słyszał cały monolog swego adwersarza. Widząc, co się dzieje włączył się do rozmowy niezawodny mediator Albin Dajcz i szybko pogodził zwaśnionych kolegów.
                 - Dajmy spokój polityce, porozmawiajmy o kolarzach – namawiał Szczepanik.

                 - Pogadajmy o Hidusach, którzy jadą w turbanach na głowach i wcale nie chcą
                  się ścigać. Onegdaj jechali sobie spacerowo 3 godziny za peletonem. Zanim
                  dojechali do bufetu z żywnością nic tam już nie było, bo wszystko Ruskie
                  Ruskie zjedli – zaproponował Sierszeń.

                    - Wiem, słyszałem, że mieli pragnienie, dlatego zatrzymali się w Rozprzy
                     przy budce z piwem – uzupełnił Stasiek Szczepanik.

                    - To chyba jakaś bujda na resorach – pozłościł się ojciec.
           
                     - Może tak a może nie! Na pewno w Wyścigu jedzie trzech braci Klabińskich
                        Dwóch reprezentuje Francję w zespole polonijnym a jeden wrócił do Polski
                        i ówdzie w naszej drużynie – włączył się Ałaszewski.

                   - To chyba wariat ten Klabiński. Jak mając zdrowy rozum można zamienić?
                     dobrobyt we Francji na biedę w komunistycznym jarzmie – skomentował
                     leśniczy Sierszeń rzekomą głupotę francuskiego kolarza zawodowego.

W żaden sposób koledzy ucztujący na majowej trawie nie mogli zmienić tematu rozmowy, bo Ruskie i polityka to była powracająca melodyjka, której trudno się pozbyć i sposób o niej zapomnieć.
             Pod czujnym okiem kierownika Juliusza Wawrzynkowskiego i Stanisławy Migdał, Barbary Dróżdż, Doroty Biernackiej, młodych wolskich nauczycielek uczniowska gromada oczekiwała niecierpliwie na przejazd kolarzy. Młodzież utworzyła szpaler po obu stronach szosy. Na rozgrzanym w słońcu asfalcie nic nie działo jakby nie liczyć niedozwolonego przechodzenia z jednej na druga stronę.  Początkowy rozgardiasz ucichł, narastała powoli nuda i wtedy drgnęło coś w tłumie na widok nadjeżdżających od Rozprzy samochodów. Porządkowi nawoływali do odsunięcia się od drogi. Wreszcie szpalerem przejechał motocyklista. Na plecach wiózł tablicę z napisem: Pilot wyścigu. - Jadą! Jadą! – zawrzało wśród dzieciarni mocno zaciskające dłonie na patykach chorągiewek. W niespełna minutę za pilotem pędziła, co sił w nogach kilkunastoosobowa czołówka wyścigu. Zafurkotały chorągiewki, zanim jednak na dobre zabrzmiały okrzyki i oklaski unoszący się prawie nad rowerami zawodnicy przemknęli jak kolorowa smuga cienia.
              - Ruski prowadził – powiedział ktoś z tłumu.
           
               - Nieprawda! To był Polak Wilczewski – rozległo się kilka głosów pełnych
                patriotycznego oburzenia.
Pogłos emocji wśród młodzieży wywołanych prze przejazd czołówki dotarł do miejsc gdzie biesiadowali dorośli uczestnicy imprezy w uroku majowego przedpołudnia. Kto tylko mógł zerwał się na równe nogi. Z różnych zakamarków wybiegli jakby nagle zbudzeni ludzie i rzucili się oglądać nadjeżdżający peleton. Zanim jednak zdołali znaleźć sobie miejsce przy samej jezdni zobaczyli plecy szybko oddalających się kolarzy i nadjeżdżający autobus z napisem. Koniec wyścigu.

czwartek, 4 października 2012

Stolica ante portas



Wczesnym rankiem we wtorek 8 grudnia 1981 roku droga z Piotrkowa do Warszawy lśniła lodowym blaskiem. Biała wołga sunęła dostojnie po tej ślizgawce. Wprawdzie pługi śnieżne dobrze przetarły najważniejszy w Polsce szlak między Śląskiem a stolicą to jednak nikt nie kwapił się do posypywania jezdni piaskiem zmieszanym z solą. Polska tonęła w historycznym zamęcie, więc trudno było wymagać od przedsiębiorstw odpowiedzialnych za utrzymanie dróg skutecznego działania, skoro w normalnych warunkach nigdy nie spisywały się na miarę oczekiwań użytkowników. Przewidując fatalny stan słynnej gierkówki wyjechaliśmy z dużym zapasem czasowym, żeby z powodu jakiś niesprzyjających okoliczności nie zarwać z takim trudem uzyskanej audiencji u samego Ministra Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Dla ludzi z prowincji już sama wizyta u ministra była nie lada nobilitacją Takie były czasy.      Ludowa władza wielce się ceniła i była niedostępna dla zwykłych obywateli, aż do chwili, kiedy pod presja nieustających strajków i demonstracji z większości nadętych jak balony dygnitarzy wyszło sporo powietrza, wtedy zaczęli dostrzegać i doceniać niżej postawionych od nich w hierarchii społecznej ludzi, szczególnie tych, którzy w imię wyższych racji odważyli się borować im dziury w brzuchach.

 Po blisko pół wieku bolesnych eksperymentów na żywym ciele narodu drżał w posadach na naszych oczach system społeczno-gospodarczy dumnie ogłoszony ustrojem sprawiedliwości społecznej. Ten system, który w założeniu genialnych ideologów miał zapewnić ludzkości po wszystkie czasy niczym nieograniczony dobrobyt.  Mimo buńczucznych zapowiedzi, szczodrze rozdawanych obietnic, nagłaśniania nielicznych, autentycznych sukcesów oraz głębokiego skrywania o wiele liczniejszych porażek, nie udało się. Kraj ogarniała pełzająca rewolucja. Trwająca wiele miesięcy fala strajków i eskalacja żądań płacowych doszczętnie wyniszczyła słabnącą z dnia na dzień gospodarkę. Każdy, kto żądał więcej, większy zyskiwał poklask i podnosił poprzeczkę społecznych oczekiwań na poziom pozostający w sferze niemożliwych do spełnienia marzeń. Z dnia na dzień radykalizowała się postawa czołowych przywódców Solidarności. Na naradzie w Radomiu Wałęsa zapowiadał targanie sie z władzą po szczękach, Nikt już nie panował nad postępującą anarchią. Na większość funkcjonariuszy wszechobecnej dotąd i wszechwładnej partii komunistycznej padł blady strach.

 Zaśnieżona i oblodzona Warszawa szokowała mnogością antykomunistycznych napisów na murach. -Telewizja kłamie – informowały przyjezdnych liczne graffiti. Najbardziej widoczne było jednak hasło Solidarność. Przyciągało wzrok ostrą czerwienią farby. Widniało na murach, przystankach w rządowych gmachach a nawet na korytarzu przed wejściem do gabinetu ministra.- Rząd chce zagłodzić naród. Ukrywa żywność, żeby głodni ludzie zwrócili się przeciw walczącej Solidarności – głosiły wypisane hasła, których już nikt nie ścierał, nie zrywał i nie polemizował z nimi w rządowych mediach. Ta bezradność reżymu wyglądała na mocno podejrzaną, Czuło się, że to może być cisza przed burzą. W sklepach można było zdobyć tylko chleb i mleko. W przydrożnych gospodach zabrakło nawet zwykłej wódki a za szybą chłodniczej lady tkwiła smętnie, trzęsąca się galaretka. Wysocy urzędnicy ministerstwa karnie czekali w bufetowej kolejce na skromne kanapki śniadaniowe. Dla spóźnionych zostało już tylko drożdżowe ciasto.

 Minister Rolnictwa Jerzy Wojtecki przyjął mnie w gabinecie w towarzystwie kilku dyrektorów departamentów. Towarzyszyli mi: Stanisław Boczek sekretarz Komitetu Wojewódzkiego partii i wicewojewoda Franciszek Jaciubek. Było to pierwsze z zapowiedzianych kilku spotkań na rządowym szczeblu. Następnym rozmówcą miał być generał Czesław Piotrowski Minister Górnictwa i Energetyki. Wyglądało na kuriozum, że mnie opozycjonistę porywającego się na wymuszenie zmian w uchwale Rady Ministrów, powołującej do życia potężny kompleks paliwowo-energetyczny pomagali funkcjonariusze reżymu, którzy załatwili mi spotkania z najwyższymi dostojnikami w państwie. To już nie byli ci dawni, niedostępni dygnitarze. Osobiście przekonałem się, że znajdująca się pod silną społeczną presją władza była wtedy otwarta na konstruktywne rokowania z opozycją na każdy temat, no może z wyjątkiem zerwania zależności od Związku Radzieckiego i opuszczenia obozu państw socjalistycznych. To była nowa, jakość u tych dogmatyków jeszcze wczoraj ślepo kierujących się marksistowsko-leninowską doktryną. Nie ulegało wątpliwości, że to Solidarność wydostawszy się spod tonującego nastroje społeczne wpływu Kościoła otwarcie dąży do totalnej konfrontacji. Świadczyło o tym fiasko mediacji prymasa Józefa Glempa na spotkaniu Wałęsy a Jaruzelskim i odrzucenie prośby generała o dziewięćdziesiąt spokojnych dni. W grudniowym, mroźnym powietrzu wisiała zapowiedź jakiegoś kataklizmu.

sobota, 29 września 2012

Muchy w rosole



W północno-zachodnim segmencie parku stało drzewo potężne, lecz od środka już próchniejące. Mocno się jeszcze trzymało na korzeniach zagłębionych w twardej zwięzłej glebie. Sądząc po charakterystycznych, wąskich liściach i twardości drewna skutecznie opierającego się niejednemu scyzorykowi musiała to być akacja. Drzewo mogło pamiętać Jana Krzysztoporskiego, który za chłopięcych lat być może uciekał piastunce w najbardziej oddalone od pałacu zakątki ogrodu. Może dorosły już Jan senator i sekretarz królewski odpoczywał tu z książką ze swojej słynnej biblioteki po powrocie z zagranicznych wojaży. Mogło tak być, ale nie ma nikogo, kto mógłby to potwierdzić bądź temu zaprzeczyć. Jedno jest pewne, że sławny ów magnat stąpał niegdyś po tej właśnie ziemi. Teraz pod drzewem siedział Tadek Pigularz i na wystającym nieco z ziemi korzeniu opierał młody, wierzbowy pęd i uderzał weń rytmicznie trzymanym z ostrze scyzorykiem.
              Wyliń mi się piszczałeczko
              Dam ci grosik i jajeczko.
              A jak mi się nie wylinisz?
              Powieszę cię na suchym dębie
              niech cie zjedzą dzikie gołębie.
Recytował zaklęcie obijając niemiłosiernie obracany patyk zgodnie z rytuałem stosowanym z dawien dawna podczas wyrabiania ekologicznych gwizdków. Umiejętnie obita młoda kora dawała się w całości oddzielić od drewna. Po ściągnięciu skórki i wykonaniu odpowiednich nacięć na patyku można już było popiskiwać i pogwizdywać do woli a ktoś posiadający muzyczny słuch mógł na tym zaimprowizowanym instrumencie grać nawet proste melodie.
                        Wyliń mi się piszczałeczko
             Dam ci…
-O kur.. jego mać – wrzasnął Tadeusz po uderzeniu się trzonkiem noża w palec.
- Nie bluźnij – strofował go jeden z siedzących obok drzewa chłopców.
- Ee! Co ty wiesz o bluzganiu? – zripostował Tadek i zaczął opowiadać.
Pewne postępowe małżeństwo wychowywało bezstresowo małego Jasia, Nic, więc dziwnego, że dzieciak był rozpuszczony jak dziadowskie portki a przeklinał ja szewc w poniedziałki. Zdarzyło się, że zaprosili na obiad kuzynostwo i chcieli na nich zrobić dobre wrażenie. Przygotowali się do tej wizyty jak Pan Bóg przykazał a Jasia postanowili przekupić nową hulajnogą pod warunkiem, że przy obiedzie nie będzie przeklinał. Wszystko przebiegało zgodnie z planem dopóki dwie muchy, co szczepiły się w powietrzu nie wpadły do Jasiowego talerza. No tego Jasio ścierpieć już nie mógł i wrzasnął doprowadzając rodziców do stanu rozpaczy:
                       Ch.j, kur..a w dup.. noga w piz.. poszła hulajnoga,
                       ale kur.. nie pozwolę, żeby mi się muchy pierd….. w rosole.
-No, kto zna lepszy kawał - triumfalnie zakończył Pigularz i nie czekając odpowiedzi z ochotą ciągnął dalej. No cóż chłopaki. W czynszowych odrapanych kamienicach jedna izba dla całej rodziny była regułą. W takich warunkach erotyczne swawole damsko-męskie miały konspiracyjny charakter z powodu dzieci, które rzekomo pozostawały w nieświadomości zanim nie weszły w wiek pobudzenia seksualnego. Pól biedy było nocą, kiedy mama spółkowała z tatą w ciemnościach a przebudzona dzieciarnia słyszała tylko skrzypienie łóżka, stękanie i przyspieszone oddechy rodziców. Gorzej było w dzień, kiedy pod nieobecność taty przychodził do mamy listonosz. Józio za mały był, żeby go wysłać zimą na podwórko. Musiał biedak wyglądać przez okno i nie odwracać głowy pod żadnym pozorem. Zdarzyło się jednak, że listonosz zbyt długo pchał mamę na pocztę, więc chłopiec zaczynał się przy oknie wiercić. Na to mama w obawie przed dekonspiracją rzuciła chłopakowi pytanie. – Józiu, co tam u Kowalskich po drugiej stronie się dzieje. – U Kowalskich też się pier…. bo Tomek w oknie stoi – zemścił się chłopiec.
            Następnego dnia deszcz siąpił od rana, więc cwany listonosz kazał Józiowi wypatrywać przechodniów bez czapek obiecując złotówkę od każdego łebka. Minął jakiś czas a chłopak posmutniał, bo nie zobaczył nikogo z gołą głową, Po chwili jednak zaczął się śmiać do rozpuku.
                     -, Czemu się śmiejesz - zapytała mamusia. A Józio z wigorem na to, ale was będzie dzisiaj to pierd…nie kosztowało. Pogrzeb idzie!
              Ukochany przez propagandę Związek Radziecki do tego stopnia ludziom obrzydł, że we wszystkich kawałach rola czarnego luda przypadała Ruskim. Na ważnym międzynarodowym seminarium uczestnicy z podziwem słuchali jak gumowa piłka zapobiegła czołowemu zderzeniu pociągów przypadkowo wpadając między dwie pędzące naprzeciw siebie lokomotywy. Fakt, że zgniatana potworną siłą nie pękła miał świadczyć o najwyższej, jakości amerykańskiej gumy. Z taką oceną nie zgodził się tylko towarzysz radziecki twierdząc, ze najlepsza gumę produkuje się w jego kraju. Pytany, czym może udowodnić swoja tezę opowiedział o pewnym zdarzeniu w Warszawie. Otóż jeden z pracujących przy budowie Pałacu Kultury robotników, obuty w gumowe kalosze Wania spadł z wysokości 30 piętra. I co, i co mu się stało? – pytali zaciekawieni słuchacze. – Z Wani gówno, ale kalosze całe – dopowiedział z dumą Ruski. Oczywiście kawały te były od dawna wszystkim znane a mimo tego ciągle wzbudzały śmiech. Słuchanie ich a nawet opowiadanie w niczym nie przeszkadzało rozlokowanej pod drzewem ferajnie zawzięcie grać w noża. Gra polegał na wbijaniu scyzoryka ostrzem w murawę z różnych pozycji. Najtrudniejszy był przytyk, czyli taki rzut, po którym kozik robiąc w powietrzu salto wbijał się w ziemię. Najbardziej zapalonymi graczami byli bracia Madejakowie. Starszy z nich Jerzyk rzucał właśnie nożem a młodszy Jasiek czekał na swoją kolejkę, żeby włączyć się do gry po ewentualnym nieudanym rzucie starszego brata.
              Początek lat siedemdziesiątych zapisał się w historii, jako czas kolonializmu na świecie. Wrogie siły imperializmu zniewalającego narody przegrywały z kretesem wywołując euforię w socjalistycznych mediach wrażliwych na krzywdę Murzynów. O krzywdzie pół niewolników, czyli polskich chłopów nikt się wtedy nawet nie zająknął, Mieli natomiast Polacy dokładne relację o goniących kolonizatorów, albo wyrzynających się wzajemnie plemionach z afrykańskiego buszu. O Kongu Belgijskim pisało i mówiło się tak dużo, że przywódcy walczących tam frakcji byli w Polsce bardziej znani niż gwiazdy mody, filmu czy estrady. Nic, więc dziwnego, ze układano o nich kawały. Jasiek, Madejak zasłyszał gdzieś anegdotę o tym jak walczący z sobą, na co dzień kacykowie udali się wspólnie do wyimaginowanego baru na popijawę.
              - Lu Mumba – skinął na barmana Patrice poczym czarni chłopcy bawili się
                 wesoło aż do momentu, kiedy przyszło uregulować należność.
              - Kasvubu – powiedział Patrice Lumumba wskazując kolegę, jako płatnika.
             
Barman wyraźnie nie zrozumiał i nie miał ochoty do żartów
              - Cooo! Kasa bubu? – wrzasnął z wściekłością i nie czekając na
                 na odpowiedź zaczął napierd…. balangowiczów.
              - Mo butu, Mo butu, w czombe w czombe.
W ten sposób Lumumba, Mobutu, Kasavubu i Czombe, gwiazdy socjalistycznych środków przekazu odebrali tęgie lanie od właściciela baru w afrykańskim buszu. Kawał był dość trudny w odbiorze. Cała jego śmieszność zasadzała się na grze słów i bez dobrej znajomości ogarniętego wojną domową Konga nie miał dla słuchacza żadnego sensu. Tak jednak nie było, bo wolskie chłopaki wiedziały o Czarnym Lądzie więcej niż o Krzysztoporskich, założycielach Woli.
               Stłamszone przez stalinizm społeczeństwo zdążyło się już nacieszyć skromną namiastka wolności, ale nadal funkcjonowały w najlepsze cięte dowcipy o największym zbrodniarzu w historii. Za jego panowania każdy porządny Polak czuł się w obowiązku przeciwstawić sowieckiej zarazie bodaj szeptanym słowem. Pewien patriota nauczył swoja papugę rzucać przekleństwa na generalissimusa.- Żeby Stalin zdechł! – krzyczała na zawołanie kolorowa ara. Niestety ku domowej hańbie roiło się w kraju od szpiclów i kapusiów. No i stało się. Pewnego wieczoru, kiedy ptak w najlepsze przeklinał wodza za oknem przewinął się cień donosiciela. Przerażony właściciel papugi wiedział już, co go czeka, lecz gdy pierwszy strach minął postanowił ratować się przed wizytą w katowni Urzędu Bezpieczeństwa. Co sił w nogach pobiegł ze swoją podopieczną do księdza, który posiadał identyczną arę. Kapłan w trosce o swego parafianina zgodził się na zamianę ptaków. Ledwie wrócił do domu a już do drzwi załomotali tajniacy. Odepchnęli otwierającego im gospodarza i rzucili się szukać papugi a ona spokojnie siedziała w klatce i milczała jak zaklęta. Bez jakichkolwiek, choćby sfałszowanych dowodów winy nawet ubowcom nie wolno było zakuć człowieka w kajdany. Próbowali, więc zmusić ptaka do mówienia, ale bezskutecznie. Zaczęli, więc podpowiadać arze trefne hasło. Żeby Stalin zdechł – zaczynali skandować ubowcy. Papuga milczała jeszcze jakiś czas aż wreszcie nękana ustawicznymi krzykami bezpieczniaków zawołała dostojnie wielkim głosem. – Słuchaj Jezu jak cię błaga lud!
              Ruski uchodził za wrednego cwaniaka, dlatego mało, kto wierzył, że Pałac Kultury to bezinteresowny dar Stalina. W czystość intencji towarzyszy radzieckich wątpili szczególnie chłopi ciężko doświadczeni przez ludową władzę. Pewnego dnia przed Pałacem zjawiła się grupka sołtysów zwiedzających Warszawę. Pałac prezentował się imponująco na tle niskiej zabudowy centrum stolicy. Przewodnik wycieczki aż piał z zachwytu nad szczodrością radzieckich przyjaciół. Nie zdołał jednak zmylić czynności sołtysa Biegarczyka, który wyraźnie zaniepokojony długo przyglądał się fasadzie potężnego gmachu. Wreszcie podszedł do przewodnika i zapytał.
               - Panie, ile to okien jest w tym pałacu?
               - Pewnie więcej jak tysiąc – odpowiedział z dumą w głosie przewodnik.
               - O Jezu! – krzyknął z wrażenia sołtys.
               -, Co wam jest sołtysie – zmartwił się przewodnik.
               - Nic, tylko sobie przypomniałem jak u nas na wsi pewien bogaty gospodarz
                  postawił biednej, młodej wdowie dom o dwóch oknach i ją za to
                  pierd…. przez dwadzieścia lat.
Złote promienie przeciskały się przez plątaninę liści grając światłocieniami na kretonowych wypuszczonych na spodnie koszulach chłopaków noszonych według kanonów najnowszej, młodzieżowej mody. Pożądana była różnorodność kolorów i wzorów z wyjątkiem kwiecistych, przeznaczonych dla dziewczyn a u chłopaków uchodzących za obciach. Wypłowiałe od słońca czupryny roześmianych, beztroskich wyrostków skupione wokół jednej rudej przypominały kolorowe ruchome plamy w głębi impresjonistycznego obrazu.       - No chłopaki, gadka lubi dym – odezwał się Karol właściciel rudej uczesanej na bok 
                fryzury. Wyciągnął sfatygowaną paczkę giewontów i zaczął częstować. Nikt nie
                sięgnął do ozdobionego głową zbójnika opakowania.
             - Ostatniego to nawet świnia nie bierze – wtrącił się Stasiek Kuciapa.
             - Nie moja wina chłopaki, ze fajki się skończyły – usprawiedliwiał się nieco
               zmieszany Karol zaczynając rytualne palenie tytoniu.
Karol zaciągał się raz za razem a błogi niebieski dymek snuł się pod akacją drażniąc nozdrza wchodzących w nałóg młodocianych palaczy.
                - Przyjechali kowboje każdy pali swoje – wyrecytował Jerzyk wyciągając nadkruszonego nieco papierosa z zakamarków ubrania.                                                Przyjechali bandyci każdy pali, co schwyci – zawołał Marek Lasota i porwał Jerzykowi zapalonego już giewonta.
Zaciągnął się tylko raz i oddał zdobycz, czym prędzej, bo Jurek, choć mizernego wzrostu był sprytny, zawzięty i nie dał sobie w kaszę dmuchać. W chwilę później nieliczne papierosy wędrowały solidarnie z ust do ust i tytoniowy rytuał trwał aż do ostatniego sztacha oddanego w momencie, kiedy już tylko grubość tytoniowego liścia dzieliła ogień od warg. Dym tytoniowy podnosił chłopakom ciśnienie. Do głowy cisnęła się adrenalina. Pod drzewem zrobiło się gwarniej i weselej.
 - Za stodołą, za wujową ksiądz tańcował z Maciejową.
   Kogut zapiał, pies zaszczekał, ksiądz się zesr.. i uciekał – zanucił
   Mirek jedną ze swoich sprośnych piosenek.
 - Chłopaki dość głupot, czas zająć się poważną literaturą – wtrącił się Janek.
   Może by tak sięgnąć po Mickiewicza?
                - Nie nudź stary – odezwało się kilka głosów.
                - Posłuchajcie bajki o kruku i lisie z morałem – nie ustępował Janek.
                   Kruk siedział na drzewie … i trzymał w dziobie kawałek sera – przerwał
                   mu ktoś.
                 -Nie, trzymał w dziobie kawałek chleba – kontynuował Janek.
Kruku, jaki ty masz piękny głos. Zaśpiewaj – kusił lis. Kruk, który Mickiewicza czytał nabrać się nie dał. Lis nie dał za wygraną, pomyślał chwilę i zawołał. – Kruku orzeł ci żonę pier…. Krrrrra – krzyknął kruk z wściekłości. Chleb wypadł mu z dzioba a lis go pochwycił i poszedł w las.
                 - No i co z tego? – odezwały się głosy
                   Morał z tego taki – Janek nie dal się zbić z tropu. Jak szef ci żonę pierd… to
                   nie otwieraj dzioba, bo możesz chleb stracić.
Nie ustał jeszcze wybuch śmiechu a Janek znów zaczął opowiadać jak ksiądz, organista i kościelny chodzili na randki do tej samej mężatki. Wszystko dobrze się układało do czasu aż pech sprawił, że zjawili się u niej w tym samym terminie a ktoś życzliwy zawiadomił męża rozpustnicy. Zdesperowany mąż wpadł do mieszkania z siekierą krzycząc, - Jaja wam poucinam skurw…..  Niefortunni kochankowie zdążyli umknąć przez okno, lecz trauma ich nie opuszczała. W niedzielę na uroczystej mszy zaśpiewał ksiądz przed ołtarzem:
                - Żebyśmy nie pouciekali. -To by nam poucinali – odpowiedział mu z chóru organista. - Jaja – zakończył kościelny w drzwiach zakrystii.
Ten ostatni kawał był ogólnie znany, więc kwestię finałową kościelnego zaśpiewali chórem wszyscy biwakujący pod drzewem chłopcy. Słowo jaja wydobyte z kilkunastu gardeł poniosło się po parku a kiedy wrzawa ucichła odezwał się Mirek.
                 - Chłopaki, jaka jest różnica między kobieta i butelką?
                -, Ale porównanie – odezwał się ktoś z przyganą w głosie.
Więcej jednak było ciekawskich, którzy chcieli poznać rozwiązanie zagadki i zachęcali Mirka do ujawnienia tajemnicy.
               - Różnica jest zasadnicza – kontynuował Mirek. W butelkę najpierw się leje a potem korkuje a kobietę najpierw się korkuje a potem w nią leje.
                 - Mirek świństwa opowiadasz – próbował zawstydzić go Karol.
                   Odpowiedz mi lepiej czy ciało w ciało wejdzie.
                 - Ja mówię, że wejdzie – odezwał się Pigularz.
                - Taaak. No, jeśli tak myślisz to włóż mi pół języka do dupy – z ironicznym
                   uśmiechem zaproponował mu Karol.
Zbity z tropu Pigularz tylko ręką machnął ze złości, choć rosła w nim żądza zemsty za upokorzenie a Karol zaczął go niby przepraszać, choć uśmiech miał jakiś zafałszowany.
                  - Przepraszam Tadziu. Nie gniewaj się. Gniewasz się jeszcze? – pytał.
                    - No coś ty. Nie gniewam się – chciał zbagatelizować sprawę Tadek.
                    - Tak, nie gniewasz się? To włóż mi cały – triumfował Karol.
Wściekły Pigularz nie zamierzał jednak ustąpić mu pola
              - No dobrze skoro jesteś taki mądry to rozwiń moją zagadkę. co to jest?
               Małe, czarne, obrośnięte i kończy się na niu.
              - Na niu, na niu zastanawiał się Karol.
             - Pizda gamuniu – wystrzelił Tadek i zakomenderował. – Chłopaki róbmy
                rząd i idźmy stąd.
W odpowiedzi na zawołanie ferajna podzieliła się. Wsiuchy w ślad za Pigularzem ruszyły do domów drogą za ogrodem a Folwarusy za Karolem w stronę przyfabrycznych zabudowań.

Z książki Odłamki czasu.

Wstrząs




Kalendarz przypominał, że zima tuż, tuż za progiem, więc siłą rzeczy rozmowa raz po raz schodziła na przygotowania do Świąt, które na wsi z reguły zaczynały się świniobiciem skoro możliwość zakupu wędlin w uspołecznionym handlu równała się zeru z powodu przydziałów skutecznie wykluczających ludność rolniczą, oraz mitręgi uczestnictwa w ustawiających się już w nocy sklepowych kolejkach po świąteczne zaopatrzenie.
 W tej sytuacji każdy, kto miał utuczonego świniaka w chlewie musiał odpowiednio wcześniej zaprosić jakiegoś domorosłego rzeźnika, żeby ubić zwierzę i zapeklować w saletrowanej solance szynki, boczki i balerony, jeśli chciał mieć na Boże Narodzenie tradycyjną wędzonkę.

 Te i podobne zwyczajne, życiowe sprawy rozważaliśmy siedząc we dwoje w całkiem przytulnym pokoju w przekonaniu, że mijający tydzień zakończy się spokojnie, bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek.  Przynajmniej nic nie wskazywało na to, że może być inaczej, a jednak zdarzyło się coś tak bardzo zaskakującego, że nawet przysłowiowy piorun z jasnego nieba nie byłby dla nas większą niespodzianką W pewnym momencie spod drewnianej podłogi zaczął się wydobywać jakiś cichy pomruk i w czasie liczonym ułamkami sekundy nabierał coraz bardziej złowieszczej barwy wprawiając w drgania stojący na środku pokoju stół aż zadzwoniły stojące na nim szklane i naczynia i porcelanowe talerze.

 Zanim zdążyliśmy wymienić pełne niepokoju spojrzenia zagrała jakąś złowrogą melodię oszklona witryna wydając dźwięki złożone z delikatnego skrzypienia drewna i szmeru przesuwających się książek na tle wysokiego zaśpiewu rozedrganych szyb.
 W okamgnieniu cały dom zaczął grać jakąś złowrogą melodię podobną do niektórych fraz muzycznych z awangardowych symfonii. Całość tego przedziwnego zjawiska zaczynała przypominać widowisko typu światło i dźwięk, bowiem po ścianach przebiegały jakieś cienie, jak się niebawem przekonaliśmy pochodzące z bujającego nad naszymi głowami żyrandola.
W jednej chwili dotarło do mojej świadomości doznanie, że ani chybi mamy do czynienia z trzęsieniem ziemi. W tym samym momencie zerwałem się z krzesła i pochwyciłem za rękę nie mniej ode mnie wzburzoną żonę. Natychmiast pobiegliśmy, co sił w nogach, bez butów na mokre od listopadowego deszczu podwórko.

czwartek, 20 września 2012

Wesoły pociąg





                Słońce wychyliło się zza krzywizny morza. Stało nisko nad pomarszczoną wodą pławiąc się w ogniu purpurowego horyzontu. Drugie bliźniaczo podobne leżało na powierzchni rozpalonego do czerwoności morza. Świetlista łuna błądziła po szybach okien domów w Kamiennym Potoku. Wciskała się do gościnnych pokoików, drażniąc ciężkie powieki permanentnie niewyspanych wycieczkowiczów. – Chłopcy wstawajcie! Morze się pali! – Krzyczała stojąca w drzwiach gospodyni. Efekt wołania był taki, że powieki śpiących dzieciaków stały się jeszcze cięższe, niczym ołowiane łuski i nie było takiej siły, co by je mogła podźwignąć. – Chłopcy jest wielki pożar. Morze się pali. Nie wierzycie? Popatrzcie tylko w okno – ponaglała kobieta. Na pół rozbudzeni broniliśmy przed inwazją realnego świata w urokliwą, pełną błogiego trwania krainę Morfeusza. Gospodyni jednak nie dawała za wygraną. Jej wysoki, wibrujący głos zdolny był do przewiercenia ściany na wylot i mimo oporu skutecznie wstrząsnął naszą świadomością. Nie wiem jak się czuł Włodek Ałaszewski, ale ja po przymusowym opuszczeniu przytulnego łóżka byłem wściekły na tę słoneczną agresję i zdecydowany do wyjścia w morze w celu zepchnięcia ognistej kuli z powrotem pod powierzchnię wody. Stan niepełnego wybudzenia jednak szybko ustąpił, jak tylko dobiegł do nas z kuchni wspaniały, aromatyczny zapach gorącego kakao. Zbudzeni rankiem po nocy dobrze przespanej szybko osiągnęliśmy ów stan zaciekawienia, typowy dla prowincjuszy zaszokowanych cudami dalekiego, nieznanego świata.
              Już sam pomysł dalekiej wycieczki budził we wsi spore kontrowersje. Na ogół wygłaszane w opłotkach opinie były organizatorom niechętne. Kto słyszał jeździć tak daleko tylko po to, żeby zamoczyć nogi w morskiej wodzie i połazić bez celu po piaszczystej plaży. Owszem zdarzały się mieszkańcom Woli dalekie podróże nawet za ocean, ale poszukiwaniu pracy, lepszego życia, po naukę, za interesami, na szaber Ziem Odzyskanych lub podróż życia do krewnych mieszkających daleko od rodzinnej wsi. Nie było jednak zrozumienia dla tysiąckilometrowej podróży z czystej fanaberii. Ot głupota i co gorsze obraza Boska. Wypady do wód kojarzyły się ludziom z klasą próżniaczą marnotrawiąca majątki zgromadzone z wyzysku Bożego ludu. Tym bardziej, że podróż koleją wcale do wygodnych nie należała, a po prawdzie była męcząca jak sto diabłów. Osobowy do Gdańska składał się głownie z wagonów z przedziałami III klasy wyposażonych w dwie naprzeciwległe ławki z twardego drewna i szerokie też drewniane półki bagażowe nad nimi. W klasie II siedzenia były miękkie, ale bez przesady a ciasnota ta sama, bo przedział musiał pomieścić 8 osób. Co innego w jedynce? Tam na puszystych kanapach wylegiwali się bogacze. Przedział I klasy miał powierzchnie tę samą, ale był przeznaczony dla sześciu osób z tym, że pełna obsada nie często miała miejsce w przeciwieństwie do trójki, gdzie szary lud stojąc szczelnie wypełniał ciasne korytarze. W nocnych dalekobieżnych pociągach zaletą III klasy były te obszerne półki bagażowe, które małoletnim służyły za łóżka do spania dając w ten sposób dorosłym nieco więcej luzu.

              Przemieszczanie się nocnym pociągiem miało w sobie coś magicznego. Dostarczało niezapomnianych doznań wizualnych, dźwiękowych i zapachowych,  składających się na swoisty koloryt i klimat tyleż egzotyczny, co tajemniczy. Potężny, czarny parowóz ciągnął po wieczornym niebie skłębioną smugę czarnego dymu, przetykanego ławicą czerwonych iskier. Zasapany z wysiłku dodawał sobie wigoru przenikliwym gwizdem wyrzucanej po wysokim ciśnieniem pary. Ciuch, ciuch, ciuch! Ciuch, ciuch, ciuch!  W miarę nabierania prędkości oddech maszyny stawał się coraz krótszy i szybszy. Na to rytmiczne sapanie nakładał się równomiernie stukot kół na złączach stalowych szyn. Z rozkołysanych wagonów wydobywały się jakieś dziwne głosy, ni to szumy, ni to trzaski. Czasem coś zaskrzypiało głośniej, zarechotało jakby duch pociągu dawał o sobie znać. Morfeusz już zaczął pełnić swoją powinność, więc ojcowie pomogli nam wdrapać się na wysoko umieszczone półki, gdzie zajęliśmy miejsca zwykle przeznaczone dla bagażu. Ułożyliśmy się na twardych deskach. Zasypialiśmy wisząc pod sufitem po przeciwnych stronach przedziału. Sen mieliśmy nie mniej twardy od posłań i tylko czasem Włodkowi, a czasem mnie drgnęła powieka od piekielnego łomotu wywołanego przez pociąg nadjeżdżający po drugim torze z przeciwnego kierunku.
                 Dzień po tej bajkowej nocy zbudził się razem z nami pogodny dzień obfitujący w wiele wspaniałych przeżyć. Oszołomiły nas atrakcje Oliwy. Katedra z organami obsadzonymi gromadką drewnianych aniołów pięknie grających na drewnianych piszczałkach, bogaty w egzotyczną faunę ogród zoologiczny i słynny park, gdzie wśród egzotycznych roślin i bajecznych kwiatów najbardziej zadziwiła nas aleja ze szpalerem zwykłych topoli, uformowanych rękami ogrodników w wysokie zielone i tak równe ściany, jakby żadna gałązka, żaden listek nie śmiały wysunąć się z szeregu. Niestety wszystkowiedzący przewodnicy ciągle nie pokazywali nam morza. Tego morza, co nam się śniło nieustannie podczas nocnej podróży, czasem wzburzone, stalowo-szare i groźne, a czasem szmaragdowe, łagodne przytulające się do piaszczystej plaży. Przyjechaliśmy tu, żeby poczuć na twarzach słony powiew morskiej bryzy, zapach ryb niesiony wiatrem z pokładów rybackich kutrów pomieszany z wonią morskich wodorostów. Zobaczyć wyśnione w nocnym pociągu obrazy zbudowane podczas czytania przygodowych książek  dla chłopców,  pełnych fantastycznych opowieści o tajemniczych wilkach morskich, którym nie straszny był żaden sztorm, żadna burza, na których żadnego wrażenia nie robiły groźne fale, ani wiatry wyjące jak sto diabłów.

              Po takich właśnie morzach pływał kaptan US Nawy Marian Wieczorek, wcześniej drugi oficer na zatopionym przez Niemców transatlantyku Piłsudzki, brat naszego sąsiada we Woli. Na takie morza i oceany miał wkrótce wypłynąć oficer Marynarki Wojennej a później kapitan żeglugi wielkiej Ryszard Gąsior, prawnuk Józefa Motyki. Szara rzeczywistość zazwyczaj nie przystaje do wspaniałych marzeń. Tak też się stało, gdy po sforsowaniu wysokiej wydmy zobaczyliśmy ruchomą płaszczyznę wielkiej wody wznoszącą się w oddali ku niebu,  aż do zupełnego złączenia się obu żywiołów na horyzoncie. Wszystkim się zdawało, że ta zawieszona na krawędzi nieba masa wody lada chwila zwali się na piaszczystą plażę, zmiatając wszystko po drodze łącznie z grupką ludzi schodzących właśnie w dół do linii wody. Nic takiego jednak się nie stało, a biegnąca w naszym kierunku, pryskająca białą pianą fala nagle wytraciła impet i zaczęła się cofać w głąb królestwa Posejdona. Pozdejmowaliśmy odświętne obuwie,  wysypując piasek zaczerpnięty podczas przechodzenia przez wydmę i wystawiając gołe stopy na chłodny dotyk uciekającej fali.

Fragment z książki Włodzimierza Dajcza - Odłamki czasu.

wtorek, 18 września 2012

Parada świętoszków


 Obie gminne frakcje zaczęły licytować się w okazywaniu chrześcijańskiej miłości Ojcu Świętemu. Rezultatem tej rywalizacji była jednogłośnie podjęta uchwała Rady Miejskiej o nadaniu jego świątobliwości tytułu honorowego obywatela miasta Kamieńska. Mocą tej uchwały burmistrz Kamieńska udał się w towarzystwie grupki radnych do dalekiego Watykanu, aby Wręczyc Janowi Pawłowi II stosowny dokument i pamiątkowy medal. Jest dobrym obyczajem, że miasta sławne nadają honorowe obywatelstwo ludziom wybitnym, chcąc w ten sposób dodać splendoru nie sobie, ale podkreślić wielkość uhonorowanych w ten sposób osobistości i jednocześnie podziękować za całe dobro, które ludziom uczynili, zaszczytem jest być na przykład honorowym obywatelem Krakowa, Warszawy czy Gdańska. Ale gdzie w tym szeregu miejsce dla Kamieńska? Powiadają: Konie kują, a żaba nogę podstawia. Kto w Rzymie słyszał o maleńkim polskim miasteczku? Nikt! I dobrze, bo czy Kamieńsk rzeczywiście się czymś wyróżnia? Wyróżnia się nieszczególnym zapachem i to nie tylko tym w przenośni zalatującym od gminnych samorządowych elit. W tej gminie rzeczywiście unosi się nadzwyczaj brzydka woń, czy to od niechcickich chlewni, czy to od zakładu przeróbki padliny w Danielowie. Te przymusowe inhalatory niepomiernie wzbogacił wykreowany przez „ojców miasta” gigantyczny śmietnik francuskiej firmy Sater. Czy zapachowe miasteczko i gmina były godne aby nadać honorowe obywatelstwo być może największemu człowiekowi naszych czasów? Oburzony bezczelnością drobnych cwaniaczków gminny rymopis napisał i rozpowszechnił taki oto rzekomy dialog burmistrza z jego świątobliwością:
Ojciec Święty do burmistrza:

– Synu, z czego Kamieńsk słynie,
By papiestwu dodać blasku?
Chociaż sześćset lat gdy minie
Także godne jest oklasków.
W imię Boże, jakie czyny
W dwutysięcznym wielkim roku
Podejmuje Zarząd Gminy,
By rozniosła się szeroko
Sława miasta, co papieża
Chce za życia wznieść na cokół?
Gminna władza co zamierza?
By zasłynął Kamieńsk wokół?

Burmistrz:
– Ojcze Święty, gminna władza
U podnóża Kamieńsk – góry,
Las karczuje i wygładza
Sto hektarów, wnet na których
Firma Sater z Francji rodem
Z całej Polski złoży śmiecie
I tak z naszym starym grodem
Znanym dziś tylko w powiecie
Zwiąże nowe dumne miano
Bo gdy skończą się roboty
Każdy zdziwi się tą zmianą
Miasta w śmietnik Europy.

– I zadumał się Jan Paweł
Bo choć wielkim tego świata
To nie wiedział, co uczynić
Czy się zaśmiać, czy zapłakać.

niedziela, 16 września 2012

Czy warto pisać


O NIM WARTO NAPISAĆ - WŁODZIMIERZ DAJCZ


ą
Włodzimierz Dajcz urodził się w Woli Krzysztoporskiej, jednak od dawna mieszka  poza granicami naszej gminy - w Danielowie.  W ostatnich latach dał się poznać  jako autor książek ,,Kasa chorych” i ,,Korzenie zła”, ale mieszkańcom gminy przypomniał się przede wszystkim dzięki „Odłamkom czasu” – książce, w której wiele miejsca poświęcił  na przedstawienie  swojego  spojrzenia na losy mieszkańców Woli Krzysztoporskiej w XX w. Włodzimierz Dajcz to jednak przede wszystkim działacz społeczny. Urodził się 26 maja 1944 roku w Woli Krzysztoporskiej  w rodzinie o tradycji   patriotyczno – niepodległościowej. Szczyci się tym, że jego stryj Nikodem Dajcz  odniósł rany w Bitwie   Warszawskiej 1920 roku, a dom  dziadka Ignacego Dajcza przy ulicy Bujnowskiej w Piotrkowie Tryb. służył  Armii Krajowej za konspiracyjny punkt kontaktowy, jego ojciec  Albin Dajcz należał do AK a matka Kazimiera działała  w młodzieżowej organizacji Strzelec… Ukończył  Zasadniczą Szkołę Przemysłu Szklarskiego  w Piotrkowie Trybunalskim, Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego w wersji dla pracujących. Studiował też prawo na Uniwersytecie  Łódzkim. W  młodości  do szuflady pisał  wiersze, ale też  satyryczne skecze dla  amatorskich kabaretów. Ze względu na światopogląd nie mógł jednak znaleźć sobie   miejsca w  strukturach ludowego państwa. Został nawet na krótko aresztowany we wrześniu 1963 roku pod   zarzutem tworzenia i kolportażu antysocjalistycznych plakatów. Osiedlił się koło Kamieńska na dwunastohektarowym gospodarstwie, jednak nie zaprzestał swojej działalności społecznej. W 1980 roku był jednym z założycieli   Komitetu Protestacyjnego w obronie praw  ludności z terenów zdewastowanych przez Kopalnię Węgla Brunatnego Bełchatów. W październiku 1981 przyczynił się walnie do przeprowadzenia                    w Kamieńsku   rozmów z  Komisją Rządową  z wiceministrem Górnictwa i Energetyki  na czele, w wyniku których zawarto  porozumienie  zawierające  szereg rozwiązań korzystnych dla  mieszkańców regionu. W latach 1981-86 przewodniczył Wojewódzkiemu Związkowi Kółek i Organizacji Rolniczych w Piotrkowie Tryb. W  latach 1986-89 był prezesem Spółdzielni Kółek Rolniczych w Kamieńsku . Od roku  1994 do 1999 był  w tym mieście Dyrektorem Zakładu Gospodarki Komunalnej. Za swoją działalność odznaczony został odznaką „Za Zasługi dla Województwa  Piotrkowskiego”, Medalem 40-lecia Polski Ludowej i Srebrnym Krzyżem Zasługi. Nowa kapitalistyczna rzeczywistość przyniosła mu z czasem szereg rozczarowań. To stąd zrodziły się książki ,,Kasa chorych”   i ,,Korzenie zła” odsłaniające kulisy działania nowej klasy rządzącej w Polsce na tle lokalnego  konfliktu. „Odłamki czasu” natomiast są historią składająca się ze wspomnień autora ułożonych w ciąg wydarzeń ukazujących spojrzenie autora na życie lokalnej społeczności, na tle  dziejowych zawirowań. Autor w subiektywny sposób opisuje historie i charaktery wielu znanych nam z własnego podwórka osób. Jest to wielostronicowa  bardzo prywatna opowieść, która dla czytelników pochodzących z naszej gminy poza walorami literackimi może stanowić ciekawą podróż w przeszłość swoją,  swoich rodzin czy sąsiadów, pozwoli skonfrontować  nasze wspomnienia ze wspomnieniami autora…