wtorek, 9 października 2012

Wyścig Pokoju


             Podczas zaimprowizowanych pogawędek przy kieliszku rozmawiano przede wszystkim o polityce. O tej wielkiej, światowej i o tej bliskiej, z gminnego majdanu. Dziesięć lat po wojnie wygasały już skutki traumy z tamtych, mrocznych lat. Coraz rzadziej wspominano okupacyjną gehennę, okrucieństwo okupantów, partyzancką legendę. Na majowym pikniku dominowały tematy sportowe, ale również te sprawy ja wszystkie inne wyrastały z politycznej tkanki. Na murawie rozłożono wszelkie dobra biesiadne w postaci napojów i zakąsek. Wśród nich królowała litrowa butelka z cienką szyjką oznaczona czerwoną etykietą z napisem: Wódka czysta, zwykła. Brązowy lak był zerwany z korka a ten do połowy wyciągnięty z szyjki. Każdy z ucztujących wyposażony był w szklankę po musztardzie. Była to wyższa forma biesiadowania, bo na ogół w warunkach polowych zadowalano się jedną szklanką, z której pili kolejno wszyscy. Zanim czysta zabulgotała nad musztardówką padło zasadnicze pytanie, które niczym kamyk w bucie uwierało niemal każdego obserwatora Wyścigu.
            - Alek jak ty myślisz, czy nasi dadzą radę wygrać, chociaż jeden etap? – z szacunkiem     
              zwrócił się do starszego kuzyna Stasiek Szczepanik.
Zanim ojciec zdążył nu odpowiedzieć włączył się do rozmowy leśniczy, Sierszeń. Leśniczy, człowiek stateczny i zrównoważony mieszkał na Wygodzie skąd ochraniał Jeżowski Las. Miał syna nieco ode mnie starszego o wyglądzie jakby z bajki o mchu i paproci. Ze względu na oryginalną, nietypową urodę dzieciarnia wołała na niego leśny duszek a przezwisko idealnie pasowało do fizjonomii przyszłego inżyniera. Ojciec chłopca znany był z bezkompromisowego antykomunizmu.
             - To ty nie wiesz chłopcze, że naszym wygrać nie wolno nie tylko z Ruskimi, ale
               także z Niemcami Wschodnimi – z lekką irytacją w głosie powiedział.
                                                                                                                                                          - Nasi nie mogą wygrać, bo są słabi po zalewajce. Co innego Ruskie i Szkopy po
               kiełbasie z naszych świń – szydził Henryk Ałaszewski pracujący w GS-e, jako
               referent do skupu żywca.
W międzyczasie biesiadujący na trawie miłośnicy kolarstwa wychylili po pół szklanki czystej
zakąszając wyjątkowo smaczną kaszanką. Dla zaostrzenia apetytu jedli też grzybki w occie i kiszone ogórki z weków pochodzących z domowych zapasów. Chwilę później, gdy zadziałała moc uwolniona z litrowej butelki opatrzonej znakiem Polskiego Monopolu Spirytusowego dyskusja weszła na wyższy pułap nabierając tempa i wigoru. Ciszę przed burzą wykorzystał ojciec.
               - Słyszałem w biurze od kilku osób, że Ruscy przeszkadzają naszym na trasie
                i finiszach w niedozwolony sposób – powiedział.
                                                                                                                                                          - To prawda, wczoraj podobno była w peletonie okropna rozróba. prawie regularna
                 bitwa. Królak torował sobie drogę na finiszu za pomocą pompki rowerowej, bo
                 Ruskie paskudnie zajeżdżali mu drogę a jeden to go nawet trzymał za siodełko.
                 Tych, co wczoraj przeszkadzali Królakowi możemy dzisiaj łatwo rozpoznać po
                 Bandażach na głowach – włączył się do rozmowy Stasiek Szczepanik.
                                                                                                                                                          - Skąd ty o tym wiesz? Może Tuszyński opowiadał przez radio? – Zapytał
                   z ironią Stanisław Kulik.
                                                                                                                                                           - Bogdan Tuszyński widział wszystko, ale nie wolno mu przez radio mówić
                    źle o zawodnikach radzieckich.
                    
                   - Takie głupoty to mógł opowiadać tylko Ałaszewski –powiedział Kulik
                    widząc, że Henryk odszedł na bok i nie może usłyszeć jego zaczepki.

Kulika z Ałaszewskim dzielił jakiś antagonizm, więc często się sprzeczali. Kulik miał się za lepszego pracownika i nie szczędził Henrykowi złośliwych uwag. Swoje monologi kończył zawsze stwierdzeniem. Co dobre to ja a co złe to Hałaszewski. Przekręcając brzmienie nazwiska Henryka Stanisław nawiązywał złośliwie do jego głośnego sposobu mówienia, często na granicy krzyku. Tym razem zakończył innym, słynnym powiedzeniem: Jeszcze dzisiaj nic nie jadłem i mam ostatnie pięć złotych. Mówiąc te słowa Kulik nagle zreflektował się, że strzelił gafę, bo wszyscy widzieli jak przed chwilą spałaszował sporych rozmiarów serdelka. Zanim skończył wrócił Ałaszewski mocno rozsierdzony, bo okazało się, że słyszał cały monolog swego adwersarza. Widząc, co się dzieje włączył się do rozmowy niezawodny mediator Albin Dajcz i szybko pogodził zwaśnionych kolegów.
                 - Dajmy spokój polityce, porozmawiajmy o kolarzach – namawiał Szczepanik.

                 - Pogadajmy o Hidusach, którzy jadą w turbanach na głowach i wcale nie chcą
                  się ścigać. Onegdaj jechali sobie spacerowo 3 godziny za peletonem. Zanim
                  dojechali do bufetu z żywnością nic tam już nie było, bo wszystko Ruskie
                  Ruskie zjedli – zaproponował Sierszeń.

                    - Wiem, słyszałem, że mieli pragnienie, dlatego zatrzymali się w Rozprzy
                     przy budce z piwem – uzupełnił Stasiek Szczepanik.

                    - To chyba jakaś bujda na resorach – pozłościł się ojciec.
           
                     - Może tak a może nie! Na pewno w Wyścigu jedzie trzech braci Klabińskich
                        Dwóch reprezentuje Francję w zespole polonijnym a jeden wrócił do Polski
                        i ówdzie w naszej drużynie – włączył się Ałaszewski.

                   - To chyba wariat ten Klabiński. Jak mając zdrowy rozum można zamienić?
                     dobrobyt we Francji na biedę w komunistycznym jarzmie – skomentował
                     leśniczy Sierszeń rzekomą głupotę francuskiego kolarza zawodowego.

W żaden sposób koledzy ucztujący na majowej trawie nie mogli zmienić tematu rozmowy, bo Ruskie i polityka to była powracająca melodyjka, której trudno się pozbyć i sposób o niej zapomnieć.
             Pod czujnym okiem kierownika Juliusza Wawrzynkowskiego i Stanisławy Migdał, Barbary Dróżdż, Doroty Biernackiej, młodych wolskich nauczycielek uczniowska gromada oczekiwała niecierpliwie na przejazd kolarzy. Młodzież utworzyła szpaler po obu stronach szosy. Na rozgrzanym w słońcu asfalcie nic nie działo jakby nie liczyć niedozwolonego przechodzenia z jednej na druga stronę.  Początkowy rozgardiasz ucichł, narastała powoli nuda i wtedy drgnęło coś w tłumie na widok nadjeżdżających od Rozprzy samochodów. Porządkowi nawoływali do odsunięcia się od drogi. Wreszcie szpalerem przejechał motocyklista. Na plecach wiózł tablicę z napisem: Pilot wyścigu. - Jadą! Jadą! – zawrzało wśród dzieciarni mocno zaciskające dłonie na patykach chorągiewek. W niespełna minutę za pilotem pędziła, co sił w nogach kilkunastoosobowa czołówka wyścigu. Zafurkotały chorągiewki, zanim jednak na dobre zabrzmiały okrzyki i oklaski unoszący się prawie nad rowerami zawodnicy przemknęli jak kolorowa smuga cienia.
              - Ruski prowadził – powiedział ktoś z tłumu.
           
               - Nieprawda! To był Polak Wilczewski – rozległo się kilka głosów pełnych
                patriotycznego oburzenia.
Pogłos emocji wśród młodzieży wywołanych prze przejazd czołówki dotarł do miejsc gdzie biesiadowali dorośli uczestnicy imprezy w uroku majowego przedpołudnia. Kto tylko mógł zerwał się na równe nogi. Z różnych zakamarków wybiegli jakby nagle zbudzeni ludzie i rzucili się oglądać nadjeżdżający peleton. Zanim jednak zdołali znaleźć sobie miejsce przy samej jezdni zobaczyli plecy szybko oddalających się kolarzy i nadjeżdżający autobus z napisem. Koniec wyścigu.

czwartek, 4 października 2012

Stolica ante portas



Wczesnym rankiem we wtorek 8 grudnia 1981 roku droga z Piotrkowa do Warszawy lśniła lodowym blaskiem. Biała wołga sunęła dostojnie po tej ślizgawce. Wprawdzie pługi śnieżne dobrze przetarły najważniejszy w Polsce szlak między Śląskiem a stolicą to jednak nikt nie kwapił się do posypywania jezdni piaskiem zmieszanym z solą. Polska tonęła w historycznym zamęcie, więc trudno było wymagać od przedsiębiorstw odpowiedzialnych za utrzymanie dróg skutecznego działania, skoro w normalnych warunkach nigdy nie spisywały się na miarę oczekiwań użytkowników. Przewidując fatalny stan słynnej gierkówki wyjechaliśmy z dużym zapasem czasowym, żeby z powodu jakiś niesprzyjających okoliczności nie zarwać z takim trudem uzyskanej audiencji u samego Ministra Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Dla ludzi z prowincji już sama wizyta u ministra była nie lada nobilitacją Takie były czasy.      Ludowa władza wielce się ceniła i była niedostępna dla zwykłych obywateli, aż do chwili, kiedy pod presja nieustających strajków i demonstracji z większości nadętych jak balony dygnitarzy wyszło sporo powietrza, wtedy zaczęli dostrzegać i doceniać niżej postawionych od nich w hierarchii społecznej ludzi, szczególnie tych, którzy w imię wyższych racji odważyli się borować im dziury w brzuchach.

 Po blisko pół wieku bolesnych eksperymentów na żywym ciele narodu drżał w posadach na naszych oczach system społeczno-gospodarczy dumnie ogłoszony ustrojem sprawiedliwości społecznej. Ten system, który w założeniu genialnych ideologów miał zapewnić ludzkości po wszystkie czasy niczym nieograniczony dobrobyt.  Mimo buńczucznych zapowiedzi, szczodrze rozdawanych obietnic, nagłaśniania nielicznych, autentycznych sukcesów oraz głębokiego skrywania o wiele liczniejszych porażek, nie udało się. Kraj ogarniała pełzająca rewolucja. Trwająca wiele miesięcy fala strajków i eskalacja żądań płacowych doszczętnie wyniszczyła słabnącą z dnia na dzień gospodarkę. Każdy, kto żądał więcej, większy zyskiwał poklask i podnosił poprzeczkę społecznych oczekiwań na poziom pozostający w sferze niemożliwych do spełnienia marzeń. Z dnia na dzień radykalizowała się postawa czołowych przywódców Solidarności. Na naradzie w Radomiu Wałęsa zapowiadał targanie sie z władzą po szczękach, Nikt już nie panował nad postępującą anarchią. Na większość funkcjonariuszy wszechobecnej dotąd i wszechwładnej partii komunistycznej padł blady strach.

 Zaśnieżona i oblodzona Warszawa szokowała mnogością antykomunistycznych napisów na murach. -Telewizja kłamie – informowały przyjezdnych liczne graffiti. Najbardziej widoczne było jednak hasło Solidarność. Przyciągało wzrok ostrą czerwienią farby. Widniało na murach, przystankach w rządowych gmachach a nawet na korytarzu przed wejściem do gabinetu ministra.- Rząd chce zagłodzić naród. Ukrywa żywność, żeby głodni ludzie zwrócili się przeciw walczącej Solidarności – głosiły wypisane hasła, których już nikt nie ścierał, nie zrywał i nie polemizował z nimi w rządowych mediach. Ta bezradność reżymu wyglądała na mocno podejrzaną, Czuło się, że to może być cisza przed burzą. W sklepach można było zdobyć tylko chleb i mleko. W przydrożnych gospodach zabrakło nawet zwykłej wódki a za szybą chłodniczej lady tkwiła smętnie, trzęsąca się galaretka. Wysocy urzędnicy ministerstwa karnie czekali w bufetowej kolejce na skromne kanapki śniadaniowe. Dla spóźnionych zostało już tylko drożdżowe ciasto.

 Minister Rolnictwa Jerzy Wojtecki przyjął mnie w gabinecie w towarzystwie kilku dyrektorów departamentów. Towarzyszyli mi: Stanisław Boczek sekretarz Komitetu Wojewódzkiego partii i wicewojewoda Franciszek Jaciubek. Było to pierwsze z zapowiedzianych kilku spotkań na rządowym szczeblu. Następnym rozmówcą miał być generał Czesław Piotrowski Minister Górnictwa i Energetyki. Wyglądało na kuriozum, że mnie opozycjonistę porywającego się na wymuszenie zmian w uchwale Rady Ministrów, powołującej do życia potężny kompleks paliwowo-energetyczny pomagali funkcjonariusze reżymu, którzy załatwili mi spotkania z najwyższymi dostojnikami w państwie. To już nie byli ci dawni, niedostępni dygnitarze. Osobiście przekonałem się, że znajdująca się pod silną społeczną presją władza była wtedy otwarta na konstruktywne rokowania z opozycją na każdy temat, no może z wyjątkiem zerwania zależności od Związku Radzieckiego i opuszczenia obozu państw socjalistycznych. To była nowa, jakość u tych dogmatyków jeszcze wczoraj ślepo kierujących się marksistowsko-leninowską doktryną. Nie ulegało wątpliwości, że to Solidarność wydostawszy się spod tonującego nastroje społeczne wpływu Kościoła otwarcie dąży do totalnej konfrontacji. Świadczyło o tym fiasko mediacji prymasa Józefa Glempa na spotkaniu Wałęsy a Jaruzelskim i odrzucenie prośby generała o dziewięćdziesiąt spokojnych dni. W grudniowym, mroźnym powietrzu wisiała zapowiedź jakiegoś kataklizmu.