sobota, 29 września 2012

Muchy w rosole



W północno-zachodnim segmencie parku stało drzewo potężne, lecz od środka już próchniejące. Mocno się jeszcze trzymało na korzeniach zagłębionych w twardej zwięzłej glebie. Sądząc po charakterystycznych, wąskich liściach i twardości drewna skutecznie opierającego się niejednemu scyzorykowi musiała to być akacja. Drzewo mogło pamiętać Jana Krzysztoporskiego, który za chłopięcych lat być może uciekał piastunce w najbardziej oddalone od pałacu zakątki ogrodu. Może dorosły już Jan senator i sekretarz królewski odpoczywał tu z książką ze swojej słynnej biblioteki po powrocie z zagranicznych wojaży. Mogło tak być, ale nie ma nikogo, kto mógłby to potwierdzić bądź temu zaprzeczyć. Jedno jest pewne, że sławny ów magnat stąpał niegdyś po tej właśnie ziemi. Teraz pod drzewem siedział Tadek Pigularz i na wystającym nieco z ziemi korzeniu opierał młody, wierzbowy pęd i uderzał weń rytmicznie trzymanym z ostrze scyzorykiem.
              Wyliń mi się piszczałeczko
              Dam ci grosik i jajeczko.
              A jak mi się nie wylinisz?
              Powieszę cię na suchym dębie
              niech cie zjedzą dzikie gołębie.
Recytował zaklęcie obijając niemiłosiernie obracany patyk zgodnie z rytuałem stosowanym z dawien dawna podczas wyrabiania ekologicznych gwizdków. Umiejętnie obita młoda kora dawała się w całości oddzielić od drewna. Po ściągnięciu skórki i wykonaniu odpowiednich nacięć na patyku można już było popiskiwać i pogwizdywać do woli a ktoś posiadający muzyczny słuch mógł na tym zaimprowizowanym instrumencie grać nawet proste melodie.
                        Wyliń mi się piszczałeczko
             Dam ci…
-O kur.. jego mać – wrzasnął Tadeusz po uderzeniu się trzonkiem noża w palec.
- Nie bluźnij – strofował go jeden z siedzących obok drzewa chłopców.
- Ee! Co ty wiesz o bluzganiu? – zripostował Tadek i zaczął opowiadać.
Pewne postępowe małżeństwo wychowywało bezstresowo małego Jasia, Nic, więc dziwnego, że dzieciak był rozpuszczony jak dziadowskie portki a przeklinał ja szewc w poniedziałki. Zdarzyło się, że zaprosili na obiad kuzynostwo i chcieli na nich zrobić dobre wrażenie. Przygotowali się do tej wizyty jak Pan Bóg przykazał a Jasia postanowili przekupić nową hulajnogą pod warunkiem, że przy obiedzie nie będzie przeklinał. Wszystko przebiegało zgodnie z planem dopóki dwie muchy, co szczepiły się w powietrzu nie wpadły do Jasiowego talerza. No tego Jasio ścierpieć już nie mógł i wrzasnął doprowadzając rodziców do stanu rozpaczy:
                       Ch.j, kur..a w dup.. noga w piz.. poszła hulajnoga,
                       ale kur.. nie pozwolę, żeby mi się muchy pierd….. w rosole.
-No, kto zna lepszy kawał - triumfalnie zakończył Pigularz i nie czekając odpowiedzi z ochotą ciągnął dalej. No cóż chłopaki. W czynszowych odrapanych kamienicach jedna izba dla całej rodziny była regułą. W takich warunkach erotyczne swawole damsko-męskie miały konspiracyjny charakter z powodu dzieci, które rzekomo pozostawały w nieświadomości zanim nie weszły w wiek pobudzenia seksualnego. Pól biedy było nocą, kiedy mama spółkowała z tatą w ciemnościach a przebudzona dzieciarnia słyszała tylko skrzypienie łóżka, stękanie i przyspieszone oddechy rodziców. Gorzej było w dzień, kiedy pod nieobecność taty przychodził do mamy listonosz. Józio za mały był, żeby go wysłać zimą na podwórko. Musiał biedak wyglądać przez okno i nie odwracać głowy pod żadnym pozorem. Zdarzyło się jednak, że listonosz zbyt długo pchał mamę na pocztę, więc chłopiec zaczynał się przy oknie wiercić. Na to mama w obawie przed dekonspiracją rzuciła chłopakowi pytanie. – Józiu, co tam u Kowalskich po drugiej stronie się dzieje. – U Kowalskich też się pier…. bo Tomek w oknie stoi – zemścił się chłopiec.
            Następnego dnia deszcz siąpił od rana, więc cwany listonosz kazał Józiowi wypatrywać przechodniów bez czapek obiecując złotówkę od każdego łebka. Minął jakiś czas a chłopak posmutniał, bo nie zobaczył nikogo z gołą głową, Po chwili jednak zaczął się śmiać do rozpuku.
                     -, Czemu się śmiejesz - zapytała mamusia. A Józio z wigorem na to, ale was będzie dzisiaj to pierd…nie kosztowało. Pogrzeb idzie!
              Ukochany przez propagandę Związek Radziecki do tego stopnia ludziom obrzydł, że we wszystkich kawałach rola czarnego luda przypadała Ruskim. Na ważnym międzynarodowym seminarium uczestnicy z podziwem słuchali jak gumowa piłka zapobiegła czołowemu zderzeniu pociągów przypadkowo wpadając między dwie pędzące naprzeciw siebie lokomotywy. Fakt, że zgniatana potworną siłą nie pękła miał świadczyć o najwyższej, jakości amerykańskiej gumy. Z taką oceną nie zgodził się tylko towarzysz radziecki twierdząc, ze najlepsza gumę produkuje się w jego kraju. Pytany, czym może udowodnić swoja tezę opowiedział o pewnym zdarzeniu w Warszawie. Otóż jeden z pracujących przy budowie Pałacu Kultury robotników, obuty w gumowe kalosze Wania spadł z wysokości 30 piętra. I co, i co mu się stało? – pytali zaciekawieni słuchacze. – Z Wani gówno, ale kalosze całe – dopowiedział z dumą Ruski. Oczywiście kawały te były od dawna wszystkim znane a mimo tego ciągle wzbudzały śmiech. Słuchanie ich a nawet opowiadanie w niczym nie przeszkadzało rozlokowanej pod drzewem ferajnie zawzięcie grać w noża. Gra polegał na wbijaniu scyzoryka ostrzem w murawę z różnych pozycji. Najtrudniejszy był przytyk, czyli taki rzut, po którym kozik robiąc w powietrzu salto wbijał się w ziemię. Najbardziej zapalonymi graczami byli bracia Madejakowie. Starszy z nich Jerzyk rzucał właśnie nożem a młodszy Jasiek czekał na swoją kolejkę, żeby włączyć się do gry po ewentualnym nieudanym rzucie starszego brata.
              Początek lat siedemdziesiątych zapisał się w historii, jako czas kolonializmu na świecie. Wrogie siły imperializmu zniewalającego narody przegrywały z kretesem wywołując euforię w socjalistycznych mediach wrażliwych na krzywdę Murzynów. O krzywdzie pół niewolników, czyli polskich chłopów nikt się wtedy nawet nie zająknął, Mieli natomiast Polacy dokładne relację o goniących kolonizatorów, albo wyrzynających się wzajemnie plemionach z afrykańskiego buszu. O Kongu Belgijskim pisało i mówiło się tak dużo, że przywódcy walczących tam frakcji byli w Polsce bardziej znani niż gwiazdy mody, filmu czy estrady. Nic, więc dziwnego, ze układano o nich kawały. Jasiek, Madejak zasłyszał gdzieś anegdotę o tym jak walczący z sobą, na co dzień kacykowie udali się wspólnie do wyimaginowanego baru na popijawę.
              - Lu Mumba – skinął na barmana Patrice poczym czarni chłopcy bawili się
                 wesoło aż do momentu, kiedy przyszło uregulować należność.
              - Kasvubu – powiedział Patrice Lumumba wskazując kolegę, jako płatnika.
             
Barman wyraźnie nie zrozumiał i nie miał ochoty do żartów
              - Cooo! Kasa bubu? – wrzasnął z wściekłością i nie czekając na
                 na odpowiedź zaczął napierd…. balangowiczów.
              - Mo butu, Mo butu, w czombe w czombe.
W ten sposób Lumumba, Mobutu, Kasavubu i Czombe, gwiazdy socjalistycznych środków przekazu odebrali tęgie lanie od właściciela baru w afrykańskim buszu. Kawał był dość trudny w odbiorze. Cała jego śmieszność zasadzała się na grze słów i bez dobrej znajomości ogarniętego wojną domową Konga nie miał dla słuchacza żadnego sensu. Tak jednak nie było, bo wolskie chłopaki wiedziały o Czarnym Lądzie więcej niż o Krzysztoporskich, założycielach Woli.
               Stłamszone przez stalinizm społeczeństwo zdążyło się już nacieszyć skromną namiastka wolności, ale nadal funkcjonowały w najlepsze cięte dowcipy o największym zbrodniarzu w historii. Za jego panowania każdy porządny Polak czuł się w obowiązku przeciwstawić sowieckiej zarazie bodaj szeptanym słowem. Pewien patriota nauczył swoja papugę rzucać przekleństwa na generalissimusa.- Żeby Stalin zdechł! – krzyczała na zawołanie kolorowa ara. Niestety ku domowej hańbie roiło się w kraju od szpiclów i kapusiów. No i stało się. Pewnego wieczoru, kiedy ptak w najlepsze przeklinał wodza za oknem przewinął się cień donosiciela. Przerażony właściciel papugi wiedział już, co go czeka, lecz gdy pierwszy strach minął postanowił ratować się przed wizytą w katowni Urzędu Bezpieczeństwa. Co sił w nogach pobiegł ze swoją podopieczną do księdza, który posiadał identyczną arę. Kapłan w trosce o swego parafianina zgodził się na zamianę ptaków. Ledwie wrócił do domu a już do drzwi załomotali tajniacy. Odepchnęli otwierającego im gospodarza i rzucili się szukać papugi a ona spokojnie siedziała w klatce i milczała jak zaklęta. Bez jakichkolwiek, choćby sfałszowanych dowodów winy nawet ubowcom nie wolno było zakuć człowieka w kajdany. Próbowali, więc zmusić ptaka do mówienia, ale bezskutecznie. Zaczęli, więc podpowiadać arze trefne hasło. Żeby Stalin zdechł – zaczynali skandować ubowcy. Papuga milczała jeszcze jakiś czas aż wreszcie nękana ustawicznymi krzykami bezpieczniaków zawołała dostojnie wielkim głosem. – Słuchaj Jezu jak cię błaga lud!
              Ruski uchodził za wrednego cwaniaka, dlatego mało, kto wierzył, że Pałac Kultury to bezinteresowny dar Stalina. W czystość intencji towarzyszy radzieckich wątpili szczególnie chłopi ciężko doświadczeni przez ludową władzę. Pewnego dnia przed Pałacem zjawiła się grupka sołtysów zwiedzających Warszawę. Pałac prezentował się imponująco na tle niskiej zabudowy centrum stolicy. Przewodnik wycieczki aż piał z zachwytu nad szczodrością radzieckich przyjaciół. Nie zdołał jednak zmylić czynności sołtysa Biegarczyka, który wyraźnie zaniepokojony długo przyglądał się fasadzie potężnego gmachu. Wreszcie podszedł do przewodnika i zapytał.
               - Panie, ile to okien jest w tym pałacu?
               - Pewnie więcej jak tysiąc – odpowiedział z dumą w głosie przewodnik.
               - O Jezu! – krzyknął z wrażenia sołtys.
               -, Co wam jest sołtysie – zmartwił się przewodnik.
               - Nic, tylko sobie przypomniałem jak u nas na wsi pewien bogaty gospodarz
                  postawił biednej, młodej wdowie dom o dwóch oknach i ją za to
                  pierd…. przez dwadzieścia lat.
Złote promienie przeciskały się przez plątaninę liści grając światłocieniami na kretonowych wypuszczonych na spodnie koszulach chłopaków noszonych według kanonów najnowszej, młodzieżowej mody. Pożądana była różnorodność kolorów i wzorów z wyjątkiem kwiecistych, przeznaczonych dla dziewczyn a u chłopaków uchodzących za obciach. Wypłowiałe od słońca czupryny roześmianych, beztroskich wyrostków skupione wokół jednej rudej przypominały kolorowe ruchome plamy w głębi impresjonistycznego obrazu.       - No chłopaki, gadka lubi dym – odezwał się Karol właściciel rudej uczesanej na bok 
                fryzury. Wyciągnął sfatygowaną paczkę giewontów i zaczął częstować. Nikt nie
                sięgnął do ozdobionego głową zbójnika opakowania.
             - Ostatniego to nawet świnia nie bierze – wtrącił się Stasiek Kuciapa.
             - Nie moja wina chłopaki, ze fajki się skończyły – usprawiedliwiał się nieco
               zmieszany Karol zaczynając rytualne palenie tytoniu.
Karol zaciągał się raz za razem a błogi niebieski dymek snuł się pod akacją drażniąc nozdrza wchodzących w nałóg młodocianych palaczy.
                - Przyjechali kowboje każdy pali swoje – wyrecytował Jerzyk wyciągając nadkruszonego nieco papierosa z zakamarków ubrania.                                                Przyjechali bandyci każdy pali, co schwyci – zawołał Marek Lasota i porwał Jerzykowi zapalonego już giewonta.
Zaciągnął się tylko raz i oddał zdobycz, czym prędzej, bo Jurek, choć mizernego wzrostu był sprytny, zawzięty i nie dał sobie w kaszę dmuchać. W chwilę później nieliczne papierosy wędrowały solidarnie z ust do ust i tytoniowy rytuał trwał aż do ostatniego sztacha oddanego w momencie, kiedy już tylko grubość tytoniowego liścia dzieliła ogień od warg. Dym tytoniowy podnosił chłopakom ciśnienie. Do głowy cisnęła się adrenalina. Pod drzewem zrobiło się gwarniej i weselej.
 - Za stodołą, za wujową ksiądz tańcował z Maciejową.
   Kogut zapiał, pies zaszczekał, ksiądz się zesr.. i uciekał – zanucił
   Mirek jedną ze swoich sprośnych piosenek.
 - Chłopaki dość głupot, czas zająć się poważną literaturą – wtrącił się Janek.
   Może by tak sięgnąć po Mickiewicza?
                - Nie nudź stary – odezwało się kilka głosów.
                - Posłuchajcie bajki o kruku i lisie z morałem – nie ustępował Janek.
                   Kruk siedział na drzewie … i trzymał w dziobie kawałek sera – przerwał
                   mu ktoś.
                 -Nie, trzymał w dziobie kawałek chleba – kontynuował Janek.
Kruku, jaki ty masz piękny głos. Zaśpiewaj – kusił lis. Kruk, który Mickiewicza czytał nabrać się nie dał. Lis nie dał za wygraną, pomyślał chwilę i zawołał. – Kruku orzeł ci żonę pier…. Krrrrra – krzyknął kruk z wściekłości. Chleb wypadł mu z dzioba a lis go pochwycił i poszedł w las.
                 - No i co z tego? – odezwały się głosy
                   Morał z tego taki – Janek nie dal się zbić z tropu. Jak szef ci żonę pierd… to
                   nie otwieraj dzioba, bo możesz chleb stracić.
Nie ustał jeszcze wybuch śmiechu a Janek znów zaczął opowiadać jak ksiądz, organista i kościelny chodzili na randki do tej samej mężatki. Wszystko dobrze się układało do czasu aż pech sprawił, że zjawili się u niej w tym samym terminie a ktoś życzliwy zawiadomił męża rozpustnicy. Zdesperowany mąż wpadł do mieszkania z siekierą krzycząc, - Jaja wam poucinam skurw…..  Niefortunni kochankowie zdążyli umknąć przez okno, lecz trauma ich nie opuszczała. W niedzielę na uroczystej mszy zaśpiewał ksiądz przed ołtarzem:
                - Żebyśmy nie pouciekali. -To by nam poucinali – odpowiedział mu z chóru organista. - Jaja – zakończył kościelny w drzwiach zakrystii.
Ten ostatni kawał był ogólnie znany, więc kwestię finałową kościelnego zaśpiewali chórem wszyscy biwakujący pod drzewem chłopcy. Słowo jaja wydobyte z kilkunastu gardeł poniosło się po parku a kiedy wrzawa ucichła odezwał się Mirek.
                 - Chłopaki, jaka jest różnica między kobieta i butelką?
                -, Ale porównanie – odezwał się ktoś z przyganą w głosie.
Więcej jednak było ciekawskich, którzy chcieli poznać rozwiązanie zagadki i zachęcali Mirka do ujawnienia tajemnicy.
               - Różnica jest zasadnicza – kontynuował Mirek. W butelkę najpierw się leje a potem korkuje a kobietę najpierw się korkuje a potem w nią leje.
                 - Mirek świństwa opowiadasz – próbował zawstydzić go Karol.
                   Odpowiedz mi lepiej czy ciało w ciało wejdzie.
                 - Ja mówię, że wejdzie – odezwał się Pigularz.
                - Taaak. No, jeśli tak myślisz to włóż mi pół języka do dupy – z ironicznym
                   uśmiechem zaproponował mu Karol.
Zbity z tropu Pigularz tylko ręką machnął ze złości, choć rosła w nim żądza zemsty za upokorzenie a Karol zaczął go niby przepraszać, choć uśmiech miał jakiś zafałszowany.
                  - Przepraszam Tadziu. Nie gniewaj się. Gniewasz się jeszcze? – pytał.
                    - No coś ty. Nie gniewam się – chciał zbagatelizować sprawę Tadek.
                    - Tak, nie gniewasz się? To włóż mi cały – triumfował Karol.
Wściekły Pigularz nie zamierzał jednak ustąpić mu pola
              - No dobrze skoro jesteś taki mądry to rozwiń moją zagadkę. co to jest?
               Małe, czarne, obrośnięte i kończy się na niu.
              - Na niu, na niu zastanawiał się Karol.
             - Pizda gamuniu – wystrzelił Tadek i zakomenderował. – Chłopaki róbmy
                rząd i idźmy stąd.
W odpowiedzi na zawołanie ferajna podzieliła się. Wsiuchy w ślad za Pigularzem ruszyły do domów drogą za ogrodem a Folwarusy za Karolem w stronę przyfabrycznych zabudowań.

Z książki Odłamki czasu.

Wstrząs




Kalendarz przypominał, że zima tuż, tuż za progiem, więc siłą rzeczy rozmowa raz po raz schodziła na przygotowania do Świąt, które na wsi z reguły zaczynały się świniobiciem skoro możliwość zakupu wędlin w uspołecznionym handlu równała się zeru z powodu przydziałów skutecznie wykluczających ludność rolniczą, oraz mitręgi uczestnictwa w ustawiających się już w nocy sklepowych kolejkach po świąteczne zaopatrzenie.
 W tej sytuacji każdy, kto miał utuczonego świniaka w chlewie musiał odpowiednio wcześniej zaprosić jakiegoś domorosłego rzeźnika, żeby ubić zwierzę i zapeklować w saletrowanej solance szynki, boczki i balerony, jeśli chciał mieć na Boże Narodzenie tradycyjną wędzonkę.

 Te i podobne zwyczajne, życiowe sprawy rozważaliśmy siedząc we dwoje w całkiem przytulnym pokoju w przekonaniu, że mijający tydzień zakończy się spokojnie, bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek.  Przynajmniej nic nie wskazywało na to, że może być inaczej, a jednak zdarzyło się coś tak bardzo zaskakującego, że nawet przysłowiowy piorun z jasnego nieba nie byłby dla nas większą niespodzianką W pewnym momencie spod drewnianej podłogi zaczął się wydobywać jakiś cichy pomruk i w czasie liczonym ułamkami sekundy nabierał coraz bardziej złowieszczej barwy wprawiając w drgania stojący na środku pokoju stół aż zadzwoniły stojące na nim szklane i naczynia i porcelanowe talerze.

 Zanim zdążyliśmy wymienić pełne niepokoju spojrzenia zagrała jakąś złowrogą melodię oszklona witryna wydając dźwięki złożone z delikatnego skrzypienia drewna i szmeru przesuwających się książek na tle wysokiego zaśpiewu rozedrganych szyb.
 W okamgnieniu cały dom zaczął grać jakąś złowrogą melodię podobną do niektórych fraz muzycznych z awangardowych symfonii. Całość tego przedziwnego zjawiska zaczynała przypominać widowisko typu światło i dźwięk, bowiem po ścianach przebiegały jakieś cienie, jak się niebawem przekonaliśmy pochodzące z bujającego nad naszymi głowami żyrandola.
W jednej chwili dotarło do mojej świadomości doznanie, że ani chybi mamy do czynienia z trzęsieniem ziemi. W tym samym momencie zerwałem się z krzesła i pochwyciłem za rękę nie mniej ode mnie wzburzoną żonę. Natychmiast pobiegliśmy, co sił w nogach, bez butów na mokre od listopadowego deszczu podwórko.

czwartek, 20 września 2012

Wesoły pociąg





                Słońce wychyliło się zza krzywizny morza. Stało nisko nad pomarszczoną wodą pławiąc się w ogniu purpurowego horyzontu. Drugie bliźniaczo podobne leżało na powierzchni rozpalonego do czerwoności morza. Świetlista łuna błądziła po szybach okien domów w Kamiennym Potoku. Wciskała się do gościnnych pokoików, drażniąc ciężkie powieki permanentnie niewyspanych wycieczkowiczów. – Chłopcy wstawajcie! Morze się pali! – Krzyczała stojąca w drzwiach gospodyni. Efekt wołania był taki, że powieki śpiących dzieciaków stały się jeszcze cięższe, niczym ołowiane łuski i nie było takiej siły, co by je mogła podźwignąć. – Chłopcy jest wielki pożar. Morze się pali. Nie wierzycie? Popatrzcie tylko w okno – ponaglała kobieta. Na pół rozbudzeni broniliśmy przed inwazją realnego świata w urokliwą, pełną błogiego trwania krainę Morfeusza. Gospodyni jednak nie dawała za wygraną. Jej wysoki, wibrujący głos zdolny był do przewiercenia ściany na wylot i mimo oporu skutecznie wstrząsnął naszą świadomością. Nie wiem jak się czuł Włodek Ałaszewski, ale ja po przymusowym opuszczeniu przytulnego łóżka byłem wściekły na tę słoneczną agresję i zdecydowany do wyjścia w morze w celu zepchnięcia ognistej kuli z powrotem pod powierzchnię wody. Stan niepełnego wybudzenia jednak szybko ustąpił, jak tylko dobiegł do nas z kuchni wspaniały, aromatyczny zapach gorącego kakao. Zbudzeni rankiem po nocy dobrze przespanej szybko osiągnęliśmy ów stan zaciekawienia, typowy dla prowincjuszy zaszokowanych cudami dalekiego, nieznanego świata.
              Już sam pomysł dalekiej wycieczki budził we wsi spore kontrowersje. Na ogół wygłaszane w opłotkach opinie były organizatorom niechętne. Kto słyszał jeździć tak daleko tylko po to, żeby zamoczyć nogi w morskiej wodzie i połazić bez celu po piaszczystej plaży. Owszem zdarzały się mieszkańcom Woli dalekie podróże nawet za ocean, ale poszukiwaniu pracy, lepszego życia, po naukę, za interesami, na szaber Ziem Odzyskanych lub podróż życia do krewnych mieszkających daleko od rodzinnej wsi. Nie było jednak zrozumienia dla tysiąckilometrowej podróży z czystej fanaberii. Ot głupota i co gorsze obraza Boska. Wypady do wód kojarzyły się ludziom z klasą próżniaczą marnotrawiąca majątki zgromadzone z wyzysku Bożego ludu. Tym bardziej, że podróż koleją wcale do wygodnych nie należała, a po prawdzie była męcząca jak sto diabłów. Osobowy do Gdańska składał się głownie z wagonów z przedziałami III klasy wyposażonych w dwie naprzeciwległe ławki z twardego drewna i szerokie też drewniane półki bagażowe nad nimi. W klasie II siedzenia były miękkie, ale bez przesady a ciasnota ta sama, bo przedział musiał pomieścić 8 osób. Co innego w jedynce? Tam na puszystych kanapach wylegiwali się bogacze. Przedział I klasy miał powierzchnie tę samą, ale był przeznaczony dla sześciu osób z tym, że pełna obsada nie często miała miejsce w przeciwieństwie do trójki, gdzie szary lud stojąc szczelnie wypełniał ciasne korytarze. W nocnych dalekobieżnych pociągach zaletą III klasy były te obszerne półki bagażowe, które małoletnim służyły za łóżka do spania dając w ten sposób dorosłym nieco więcej luzu.

              Przemieszczanie się nocnym pociągiem miało w sobie coś magicznego. Dostarczało niezapomnianych doznań wizualnych, dźwiękowych i zapachowych,  składających się na swoisty koloryt i klimat tyleż egzotyczny, co tajemniczy. Potężny, czarny parowóz ciągnął po wieczornym niebie skłębioną smugę czarnego dymu, przetykanego ławicą czerwonych iskier. Zasapany z wysiłku dodawał sobie wigoru przenikliwym gwizdem wyrzucanej po wysokim ciśnieniem pary. Ciuch, ciuch, ciuch! Ciuch, ciuch, ciuch!  W miarę nabierania prędkości oddech maszyny stawał się coraz krótszy i szybszy. Na to rytmiczne sapanie nakładał się równomiernie stukot kół na złączach stalowych szyn. Z rozkołysanych wagonów wydobywały się jakieś dziwne głosy, ni to szumy, ni to trzaski. Czasem coś zaskrzypiało głośniej, zarechotało jakby duch pociągu dawał o sobie znać. Morfeusz już zaczął pełnić swoją powinność, więc ojcowie pomogli nam wdrapać się na wysoko umieszczone półki, gdzie zajęliśmy miejsca zwykle przeznaczone dla bagażu. Ułożyliśmy się na twardych deskach. Zasypialiśmy wisząc pod sufitem po przeciwnych stronach przedziału. Sen mieliśmy nie mniej twardy od posłań i tylko czasem Włodkowi, a czasem mnie drgnęła powieka od piekielnego łomotu wywołanego przez pociąg nadjeżdżający po drugim torze z przeciwnego kierunku.
                 Dzień po tej bajkowej nocy zbudził się razem z nami pogodny dzień obfitujący w wiele wspaniałych przeżyć. Oszołomiły nas atrakcje Oliwy. Katedra z organami obsadzonymi gromadką drewnianych aniołów pięknie grających na drewnianych piszczałkach, bogaty w egzotyczną faunę ogród zoologiczny i słynny park, gdzie wśród egzotycznych roślin i bajecznych kwiatów najbardziej zadziwiła nas aleja ze szpalerem zwykłych topoli, uformowanych rękami ogrodników w wysokie zielone i tak równe ściany, jakby żadna gałązka, żaden listek nie śmiały wysunąć się z szeregu. Niestety wszystkowiedzący przewodnicy ciągle nie pokazywali nam morza. Tego morza, co nam się śniło nieustannie podczas nocnej podróży, czasem wzburzone, stalowo-szare i groźne, a czasem szmaragdowe, łagodne przytulające się do piaszczystej plaży. Przyjechaliśmy tu, żeby poczuć na twarzach słony powiew morskiej bryzy, zapach ryb niesiony wiatrem z pokładów rybackich kutrów pomieszany z wonią morskich wodorostów. Zobaczyć wyśnione w nocnym pociągu obrazy zbudowane podczas czytania przygodowych książek  dla chłopców,  pełnych fantastycznych opowieści o tajemniczych wilkach morskich, którym nie straszny był żaden sztorm, żadna burza, na których żadnego wrażenia nie robiły groźne fale, ani wiatry wyjące jak sto diabłów.

              Po takich właśnie morzach pływał kaptan US Nawy Marian Wieczorek, wcześniej drugi oficer na zatopionym przez Niemców transatlantyku Piłsudzki, brat naszego sąsiada we Woli. Na takie morza i oceany miał wkrótce wypłynąć oficer Marynarki Wojennej a później kapitan żeglugi wielkiej Ryszard Gąsior, prawnuk Józefa Motyki. Szara rzeczywistość zazwyczaj nie przystaje do wspaniałych marzeń. Tak też się stało, gdy po sforsowaniu wysokiej wydmy zobaczyliśmy ruchomą płaszczyznę wielkiej wody wznoszącą się w oddali ku niebu,  aż do zupełnego złączenia się obu żywiołów na horyzoncie. Wszystkim się zdawało, że ta zawieszona na krawędzi nieba masa wody lada chwila zwali się na piaszczystą plażę, zmiatając wszystko po drodze łącznie z grupką ludzi schodzących właśnie w dół do linii wody. Nic takiego jednak się nie stało, a biegnąca w naszym kierunku, pryskająca białą pianą fala nagle wytraciła impet i zaczęła się cofać w głąb królestwa Posejdona. Pozdejmowaliśmy odświętne obuwie,  wysypując piasek zaczerpnięty podczas przechodzenia przez wydmę i wystawiając gołe stopy na chłodny dotyk uciekającej fali.

Fragment z książki Włodzimierza Dajcza - Odłamki czasu.

wtorek, 18 września 2012

Parada świętoszków


 Obie gminne frakcje zaczęły licytować się w okazywaniu chrześcijańskiej miłości Ojcu Świętemu. Rezultatem tej rywalizacji była jednogłośnie podjęta uchwała Rady Miejskiej o nadaniu jego świątobliwości tytułu honorowego obywatela miasta Kamieńska. Mocą tej uchwały burmistrz Kamieńska udał się w towarzystwie grupki radnych do dalekiego Watykanu, aby Wręczyc Janowi Pawłowi II stosowny dokument i pamiątkowy medal. Jest dobrym obyczajem, że miasta sławne nadają honorowe obywatelstwo ludziom wybitnym, chcąc w ten sposób dodać splendoru nie sobie, ale podkreślić wielkość uhonorowanych w ten sposób osobistości i jednocześnie podziękować za całe dobro, które ludziom uczynili, zaszczytem jest być na przykład honorowym obywatelem Krakowa, Warszawy czy Gdańska. Ale gdzie w tym szeregu miejsce dla Kamieńska? Powiadają: Konie kują, a żaba nogę podstawia. Kto w Rzymie słyszał o maleńkim polskim miasteczku? Nikt! I dobrze, bo czy Kamieńsk rzeczywiście się czymś wyróżnia? Wyróżnia się nieszczególnym zapachem i to nie tylko tym w przenośni zalatującym od gminnych samorządowych elit. W tej gminie rzeczywiście unosi się nadzwyczaj brzydka woń, czy to od niechcickich chlewni, czy to od zakładu przeróbki padliny w Danielowie. Te przymusowe inhalatory niepomiernie wzbogacił wykreowany przez „ojców miasta” gigantyczny śmietnik francuskiej firmy Sater. Czy zapachowe miasteczko i gmina były godne aby nadać honorowe obywatelstwo być może największemu człowiekowi naszych czasów? Oburzony bezczelnością drobnych cwaniaczków gminny rymopis napisał i rozpowszechnił taki oto rzekomy dialog burmistrza z jego świątobliwością:
Ojciec Święty do burmistrza:

– Synu, z czego Kamieńsk słynie,
By papiestwu dodać blasku?
Chociaż sześćset lat gdy minie
Także godne jest oklasków.
W imię Boże, jakie czyny
W dwutysięcznym wielkim roku
Podejmuje Zarząd Gminy,
By rozniosła się szeroko
Sława miasta, co papieża
Chce za życia wznieść na cokół?
Gminna władza co zamierza?
By zasłynął Kamieńsk wokół?

Burmistrz:
– Ojcze Święty, gminna władza
U podnóża Kamieńsk – góry,
Las karczuje i wygładza
Sto hektarów, wnet na których
Firma Sater z Francji rodem
Z całej Polski złoży śmiecie
I tak z naszym starym grodem
Znanym dziś tylko w powiecie
Zwiąże nowe dumne miano
Bo gdy skończą się roboty
Każdy zdziwi się tą zmianą
Miasta w śmietnik Europy.

– I zadumał się Jan Paweł
Bo choć wielkim tego świata
To nie wiedział, co uczynić
Czy się zaśmiać, czy zapłakać.

niedziela, 16 września 2012

Czy warto pisać


O NIM WARTO NAPISAĆ - WŁODZIMIERZ DAJCZ


ą
Włodzimierz Dajcz urodził się w Woli Krzysztoporskiej, jednak od dawna mieszka  poza granicami naszej gminy - w Danielowie.  W ostatnich latach dał się poznać  jako autor książek ,,Kasa chorych” i ,,Korzenie zła”, ale mieszkańcom gminy przypomniał się przede wszystkim dzięki „Odłamkom czasu” – książce, w której wiele miejsca poświęcił  na przedstawienie  swojego  spojrzenia na losy mieszkańców Woli Krzysztoporskiej w XX w. Włodzimierz Dajcz to jednak przede wszystkim działacz społeczny. Urodził się 26 maja 1944 roku w Woli Krzysztoporskiej  w rodzinie o tradycji   patriotyczno – niepodległościowej. Szczyci się tym, że jego stryj Nikodem Dajcz  odniósł rany w Bitwie   Warszawskiej 1920 roku, a dom  dziadka Ignacego Dajcza przy ulicy Bujnowskiej w Piotrkowie Tryb. służył  Armii Krajowej za konspiracyjny punkt kontaktowy, jego ojciec  Albin Dajcz należał do AK a matka Kazimiera działała  w młodzieżowej organizacji Strzelec… Ukończył  Zasadniczą Szkołę Przemysłu Szklarskiego  w Piotrkowie Trybunalskim, Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego w wersji dla pracujących. Studiował też prawo na Uniwersytecie  Łódzkim. W  młodości  do szuflady pisał  wiersze, ale też  satyryczne skecze dla  amatorskich kabaretów. Ze względu na światopogląd nie mógł jednak znaleźć sobie   miejsca w  strukturach ludowego państwa. Został nawet na krótko aresztowany we wrześniu 1963 roku pod   zarzutem tworzenia i kolportażu antysocjalistycznych plakatów. Osiedlił się koło Kamieńska na dwunastohektarowym gospodarstwie, jednak nie zaprzestał swojej działalności społecznej. W 1980 roku był jednym z założycieli   Komitetu Protestacyjnego w obronie praw  ludności z terenów zdewastowanych przez Kopalnię Węgla Brunatnego Bełchatów. W październiku 1981 przyczynił się walnie do przeprowadzenia                    w Kamieńsku   rozmów z  Komisją Rządową  z wiceministrem Górnictwa i Energetyki  na czele, w wyniku których zawarto  porozumienie  zawierające  szereg rozwiązań korzystnych dla  mieszkańców regionu. W latach 1981-86 przewodniczył Wojewódzkiemu Związkowi Kółek i Organizacji Rolniczych w Piotrkowie Tryb. W  latach 1986-89 był prezesem Spółdzielni Kółek Rolniczych w Kamieńsku . Od roku  1994 do 1999 był  w tym mieście Dyrektorem Zakładu Gospodarki Komunalnej. Za swoją działalność odznaczony został odznaką „Za Zasługi dla Województwa  Piotrkowskiego”, Medalem 40-lecia Polski Ludowej i Srebrnym Krzyżem Zasługi. Nowa kapitalistyczna rzeczywistość przyniosła mu z czasem szereg rozczarowań. To stąd zrodziły się książki ,,Kasa chorych”   i ,,Korzenie zła” odsłaniające kulisy działania nowej klasy rządzącej w Polsce na tle lokalnego  konfliktu. „Odłamki czasu” natomiast są historią składająca się ze wspomnień autora ułożonych w ciąg wydarzeń ukazujących spojrzenie autora na życie lokalnej społeczności, na tle  dziejowych zawirowań. Autor w subiektywny sposób opisuje historie i charaktery wielu znanych nam z własnego podwórka osób. Jest to wielostronicowa  bardzo prywatna opowieść, która dla czytelników pochodzących z naszej gminy poza walorami literackimi może stanowić ciekawą podróż w przeszłość swoją,  swoich rodzin czy sąsiadów, pozwoli skonfrontować  nasze wspomnienia ze wspomnieniami autora…

Świński piknik

Pastowany kaban?
Jak świat światem, żadna władza nie ustanowiła jeszcze takiego prawa, którego lud nie mógłby ominąć. Im bardziej szczegółowo coś zostanie znormowane bądź zakazane, tym więcej ukrytych luk w tych obwarowaniach można znaleźć. Doświadczenie okupacyjne i pierwszych powojennych lat nauczyło Albina korzystać z takich możliwości. Nie łamał prawa, ale jeśli trzeba było coś zrobić dla ludzi, pomóc im nigdy się nie zawahał przed omijaniem narzuconych przez władzę niekorzystnych dla ludu norm.
Postanowił, więc ulżyć nieco swoim ziomkom, korzystając w tym celu z furtki, jaką był ubój gospodarczy. W oficjalnych statystykach stało jak byk, że Polak zjada 40 kg mięsa rocznie. Albin bez trudu oszacował, że na mieszkańca Woli i okolic przypada tyko 7 kilogramów. Rolnicy, którzy wywiązali się już z haraczu obowiązkowych dostaw, mogli ubiegać się o pozwolenie na domowy ubój tucznika i sprzedaż rąbanki po cenie rynkowej. Urzędnik po sprawdzeniu czy petent oddał nałożony na niego haracz wydawał pozwolenie według własnego widzimisię.
Im mniej było domowych ubojów, tym łaskawszym okiem patrzyło na urzędnika partyjne i administracyjne zwierzchnictwo. Świniaka można było zaszlachtować na własne potrzeby lub na sprzedaż. Na własne potrzeby ubijano świnie bez zgody władzy, w ścisłej przed nią tajemnicy. Znacznie trudniej było ukryć świniobicie, kiedy mięso było przeznaczone na sprzedaż, bo nie było siły, żeby ktoś nie doniósł władzy o tym przestępstwie, za które groziła wysoka grzywna, a nawet areszt.
Szczęśliwi posiadacze pozwoleń zabijali tuczniki w swoich obórkach bądź chlewikach, a po oprawieniu gotowe półtusze wieźli do badania. W wyznaczonym dniu naprzeciwko biura spółdzielni, wzdłuż ulicy Kościuszki wyczekiwała na weterynarza kolumna chłopskich fur o drewnianych okutych żelaznymi obręczami kołach. Na furmankach wyścielanych słomą leżały rozpołowione świnie prezentując wypatroszone wnętrza.
Na pół wyprzężone konie sypały spod ogonów zielonkawymi pączkami. W mżystym powietrzu wisiały zapachy świeżego mięsa i końskiego łajna. Gospodarze stali cierpliwie w gliniastej mazi stanowiącej wiosenną nawierzchnię reprezentacyjnej ulicy Woli. Wokół tej niezwykłej ekspozycji kręciło się sporo ciekawskiej gawiedzi oceniającej walory wystawionego na widok publiczny mięsa. Nie zabrakło też obutych w gumiaki wszędobylskich dzieciaków.
Wszyscy czekali na kulminacyjny moment świńskiej imprezy. Zwiastował to szmer wśród oczkujących na weterynarza. Ten nadchodził powoli prezentując stosowną urzędnikowi wyniosłą postawę. Chłopi na powitanie ważniaka pozdejmowali czapki, ale on nie zwracał na nich uwagi tylko lustrował każdego ubitego kabana. Następnie ostrym nożem wykrawał z półtuszy kawał najlepszego mięsa z przeznaczeniem do rzekomego badania przydatności do spożycia.
Na potwierdzenie wypisywał kwit inkasując za to urzędową taksę. Imprezę kończył ceremoniał taksowania mięsa. Chłopi pospiesznie odwracali półtusze skórą do góry a on z powagą dawnego kanclerza koronnego odciskał na niej znaki wielką pieczęcią maczaną w niezmywalnym fioletowym tuszu. Kiedy odchodził dostojnym krokiem z dużym wysiłkiem dźwigał wypchaną skórzaną teczkę wypełnioną świńskim mięsem.
Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że ten człowiek osiągnął już ową wielkość spożycia z rocznika statystycznego. Chłopskie zaprzęgi ruszały do domów, a za nimi gawiedź po zakupy świeżej rąbanki. Tego dnia w niejednym garnku z krupnikiem pływał kawał smakowitej skóry naznaczonej w pełni czytelnym odciskiem urzędowego stempla.
Z inspiracji książką Odłamki czasu.

sobota, 15 września 2012

Trampkarze i oldboje



Niezbadane są koleje losu. Przyparci do muru, żądni sukcesów i pochwał włodarze III Rzeczpospolitej ze wstydem muszą przyznać, że największe sukcesy w futbolowym szaleństwie odnosili Polacy za komuny a wraz z jej rozkładem marniała potęga polskiego piłkarstwa.                                                                                                                                                              Z łezką w oku wspominają dziś starzy kibice orłów Górskiego i Piechniczka, wracających z medalami zdobytymi na Mundialach, po zwycięstwach nad Anglią. Włochami, Argentyną, Brazylią czy Francją. Na całym świecie chłopcy kopiący futbolówkę po podwórkach znali nazwiska Deyny, Bońka i Laty.
-Uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek – śpiewał z telewizyjnego ekranu natchniony kibic Bohdan Łazuka. Niestety to już przeszłość daleka. Dziś reprezentację Franca Smudy leje każdy, kto chce i jak chce, ku rozpaczy żądnych światowych sukcesów polityków, którzy zniecierpliwieni indolencją działaczy, trenerów i zawodników postanowili za radą Lecha Wałęsy wziąć sprawy w swoje ręce.I stało się. Jarosław Kaczyński w poszukiwaniu dopingujących jego drużynę fanów wsparł moralnie łobuzów, którzy stoczyli walkę z policją i zdemolowali stadion Zawiszy Bydgoszcz a kapitan teamu Platforma ogłosił swój klub drugą Barceloną i nakazał zwyciężać. Nie udało mu się jednak przestraszyć grającego trenera Jarosława, który zdołował przeciwnika nazywając jego sborną trampkarzami. Rosyjska nazwa jest tu nie od rzeczy z uwagi na zarzut, że owych trampkarzy trenuje międzynarodowy tandem: Angela Merkel i Władimir Putin.
Riposta premiera była natychmiastowa. Indagowany przez dziennikarzy rzucił dumnie, że nie będzie klękał przed księdzem. W kręgach futbolowych rozszyfrowano tę buńczuczną wypowiedź, jako brak respektu przed sławnym trenerem klubu sportowego PiS ojcem dyrektorem z Torunia.
Obie drużyny od dawna przygotowują się do decydującego meczu, który odbędzie się w październiku i zadecyduje o dominacji jednej z nich w kraju, na najbliższe cztery lata. Drużyna Prawa i Sprawiedliwości zwana oldbojami ze względu na przedwojenny styl gry wzorowany na strategii Romana Dmowskiego, upodobała sobie plac treningowy na Krakowskim Przedmieściu. Ćwiczy tam o roku frontalny atak na pozycje przeciwnika, nie cofając się nawet przed obrzucaniem gów…emblematów, zawieszanych przez nieprzyjacielskie gremia na ścianach najsławniejszego obecnie polskiego pałacu.
Oba teamy nie zaniedbują niczego, co może ich przybliżyć do sukcesu w jesiennym czempionacie. K. S. Platforma preferuje wzmacniające transfery, wzbogacając ławkę rezerwowych czołowymi zawodnikami drugiego, politycznego frontu. Ostatnio barwy tego klubu zasilili: Bartosz Arłukowicz, Dariusz Rosati i Joanna Kluzik Rostkowska. Pisowcy stracili, co prawda kilku czołowych zawodników, czego prezes jednak nie żałuje oskarżając ich o nielojalność i podejrzewając, że mogli strzelić mu samobója w decydującym starciu z przeciwnikiem.
Szef PiS-u dba natomiast o kondycję fizyczną swoich asów angażując ich do forsownych marszów z pochodniami i wysyłając na zagraniczne wojaże, na których szlifują formę. Liderzy zespołu prowadzą za oceanem, co jakiś czas konsultacje na Kapitolu a gracze ścisłego zaplecza mobilizują siły w sławnym z sukcesów futbolowych Urugwaju, gdzie pod okiem naszego rodaka, amigo Kobylańskiego zdobywają stosowne kwalifikacje, żeby uporać się z wiecznie żywą w Polsce żydokomuną.
Oba zespoły ćwiczą się szczególnie pilnie w nieczystych zagraniach wierząc, że umiejętność skutecznego faulowania może mieć decydujący wpływ na wynik decydującego spotkania. Boiskowe cwaniactwo świetnie opanowali tacy zawodnicy jak: Jacek Kurski, ten od dziadka z Wermachtu, wędrujący z klubu do klubu Ryszard Czarnecki i były kapitan ludowców Janusz Wojciechowski, wszyscy z klubu sportowego PiS-u oraz Stefan Niesiołowski z drużyny Platformy.
            Wiadomo, że nie może być inaczej skoro umiejętności zawodników obu drużyn są mniej niż przeciętne a walory etyczne obu formacji mocno wątpliwe, zupełnie jak na prawdziwym futbolowym forum zarządzanym przez Polski Związek Piłki Nożnej, gdzie bezwstyd i sprzedajność działaczy i zawodników osiągnęły apogeum. Omnibus, notum tonsoribus.

wtorek, 11 września 2012

Wieści z zaścianka - Wybory


    Wieści z zaścianka – listopad 1995 rok




                                                      Czołem mieszczanie


Zima przyszła tak jakoś nagle. Węgiel znów podrożał, to więcej go oszczędzam. W chałupie chłodno. Za to w polityce gorąco. Oj, gorąco było. Tuż przed drugą turą zapowiedzieli podwyżkę cen alkoholu. Mnie to nie dotyczy, bo odkąd prześwietna rada zakazała pić publicznie pod karą grzywny, boję się z flaszką po ulicy chodzić. Po co złego kusić. Niejeden z radnych nic dobrego w życiu nie zrobił, bo nie potrafi, będzie się chciał czymś wykazać i umyśli sobie sołtysa na pijaństwie nakryć. Ot i nieszczęście gotowe. Urzędu honorowego pozbawić mnie mogą, a że taki ja magister jak Kwaśniewski, mogę się później nigdzie nie załapać. Tak sobie w oknie siedzę i na porzeczkę opadłą z liści patrzę. Tęskno mi za ciepłym latem. Nagle drzwi się otwierają z trzaskiem i Antek wpada jak z katapulty i na progu krzyczy:
- Sołtysie źle się dzieje! Krew mnie zalała, Przerwałem mu i powiedziałem: - Antek ty jak do obory wchodzisz. Ani me, ani be, ani kukuryku. Kiedy się ty jakiejś kultury nauczysz? Na prezydenta chciałeś kandydować, a u sołtysa w domu nie umiesz się zachować, ale Antek hardy i nie dał się zbić z tropu.
- Sołtysie mówi: Posłuchaj! Starsze kobiety na Rynku się zebrały i mówią, że wojna będzie, jeśli komunistę wybiorą prezydentem. Podobno od księdza słyszały, że Ruskie wejdą do Polski. Lepiej suchy kawał chleba zjeść, żeby tylko spokój był. Na Wałęsę trzeba głosować, bo on komunę i Ruskich za gardło trzyma. Jak z Jelcynem popijali, to ten mu obiecał, że do NATO możemy się zapisać. Wprawdzie, kiedy Jelcyn otrzeźwiał wszystkiego się wyparł, ale Wałęsa twierdzi, że na piśmie ma.
- Jak na Antka krzyknę: Czy ty wiesz, że Ruskie wszystko ci podpiszą, ale niczego nie dotrzymają. Antek nie zwrócił uwagi na to, co mówiłem i dalej nadawał.
- Ciotka moja gadała, że Kwaśniewski każe wszystkie dzieci poczęte wyskrobać, a staruszków uśpić, żeby emerytur im nie wypłacać. Ta wredna komuna naród wykończy. Kółko różańcowe drze się wniebogłosy: Nie dopuścimy szatana!  - Sołtysie ludzi zbieraj, pójdziemy bić komunistów! Odbierzemy im sierp i młot, a wtedy będziemy prać gdzie i czym  popadnie.
- Sołtysie prać? – O ty durniu powiedziałem. Jak ty teraz komunistę rozpoznasz? Jedni zostali liberałami, inni przy księdzu do mszy służą, a jeszcze inni, ci najbardziej nawróceniu dawnych towarzyszy tropią do utraty tchu. Czy widzisz u nas w Kamieńsku choć jednego komucha?
Zaczęliśmy się kłócić, więc żeby była zgoda wyciągnąłem półlitrówkę własnej roboty. Na jej widok Antek się rozpromienił. Taki już był, jucha. Jak wypiliśmy po dwie szklanki był cały w skowronkach. Zdrzemnąłem się po wypiciu i miałem sen. Kwaśniewski wygrał wybory. Do Kamieńska bolszewicy weszli. Chodzili po Rynku z kałasznikami. Denaturat wypili we wszystkich sklepach. Antek do partyzantki wstąpił. Chodził po zaułkach i podśpiewywał coś sprośnego. Jak się obudziłem pamiętałem tylko cztery linijki, które brzmiały:
      - Szumią drzewa lecą liście
         Nie daj du..  komuniście.
         Jak się partia o tym dowi
         To ci du.. upaństwowi.
Tfu. Otrząsnąłem się. Sen mara, Bóg wiara. Popatrzyłem na miasteczko. Nic się nie zmieniło. W sklepach towary bez kartek. Bezrobotni kuroniówki przepijają. Samo życie. Boże Narodzenie się zbliża, więc życzę wam drodzy mieszczanie urodzaju na cebulę i ogórki oraz zdrowia i wszelkiej pomyślności.

                                                                                                  Wasz sołtys