Kalendarz przypominał, że zima
tuż, tuż za progiem, więc siłą rzeczy rozmowa raz po raz schodziła na
przygotowania do Świąt, które na wsi z reguły zaczynały się świniobiciem skoro
możliwość zakupu wędlin w uspołecznionym handlu równała się zeru z powodu
przydziałów skutecznie wykluczających ludność rolniczą, oraz mitręgi
uczestnictwa w ustawiających się już w nocy sklepowych kolejkach po świąteczne
zaopatrzenie.
W tej sytuacji każdy,
kto miał utuczonego świniaka w chlewie musiał odpowiednio wcześniej zaprosić
jakiegoś domorosłego rzeźnika, żeby ubić zwierzę i zapeklować w saletrowanej
solance szynki, boczki i balerony, jeśli chciał mieć na Boże Narodzenie
tradycyjną wędzonkę.
Te i podobne zwyczajne, życiowe sprawy
rozważaliśmy siedząc we dwoje w całkiem przytulnym pokoju w przekonaniu, że
mijający tydzień zakończy się spokojnie, bez żadnych nieprzyjemnych
niespodzianek. Przynajmniej nic nie
wskazywało na to, że może być inaczej, a jednak zdarzyło się coś tak bardzo
zaskakującego, że nawet przysłowiowy piorun z jasnego nieba nie byłby dla nas
większą niespodzianką W pewnym momencie spod drewnianej podłogi zaczął się
wydobywać jakiś cichy pomruk i w czasie liczonym ułamkami sekundy nabierał
coraz bardziej złowieszczej barwy wprawiając w drgania stojący na środku pokoju
stół aż zadzwoniły stojące na nim szklane i naczynia i porcelanowe talerze.
Zanim zdążyliśmy wymienić pełne niepokoju
spojrzenia zagrała jakąś złowrogą melodię oszklona witryna wydając dźwięki
złożone z delikatnego skrzypienia drewna i szmeru przesuwających się książek na
tle wysokiego zaśpiewu rozedrganych szyb.
W okamgnieniu cały
dom zaczął grać jakąś złowrogą melodię podobną do niektórych fraz muzycznych z
awangardowych symfonii. Całość tego przedziwnego zjawiska zaczynała przypominać
widowisko typu światło i dźwięk, bowiem po ścianach przebiegały jakieś cienie,
jak się niebawem przekonaliśmy pochodzące z bujającego nad naszymi głowami
żyrandola.
W jednej chwili dotarło do mojej świadomości doznanie, że
ani chybi mamy do czynienia z trzęsieniem ziemi. W tym samym momencie zerwałem
się z krzesła i pochwyciłem za rękę nie mniej ode mnie wzburzoną żonę.
Natychmiast pobiegliśmy, co sił w nogach, bez butów na mokre od listopadowego
deszczu podwórko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz