W północno-zachodnim segmencie parku stało drzewo potężne,
lecz od środka już próchniejące. Mocno się jeszcze trzymało na korzeniach
zagłębionych w twardej zwięzłej glebie. Sądząc po charakterystycznych, wąskich
liściach i twardości drewna skutecznie opierającego się niejednemu scyzorykowi
musiała to być akacja. Drzewo mogło pamiętać Jana Krzysztoporskiego, który za
chłopięcych lat być może uciekał piastunce w najbardziej oddalone od pałacu
zakątki ogrodu. Może dorosły już Jan senator i sekretarz królewski odpoczywał
tu z książką ze swojej słynnej biblioteki po powrocie z zagranicznych wojaży.
Mogło tak być, ale nie ma nikogo, kto mógłby to potwierdzić bądź temu
zaprzeczyć. Jedno jest pewne, że sławny ów magnat stąpał niegdyś po tej właśnie
ziemi. Teraz pod drzewem siedział Tadek Pigularz i na wystającym nieco z ziemi
korzeniu opierał młody, wierzbowy pęd i uderzał weń rytmicznie trzymanym z
ostrze scyzorykiem.
Wyliń mi się piszczałeczko
Dam ci grosik i jajeczko.
A jak mi się nie wylinisz?
Powieszę cię na suchym dębie
niech cie zjedzą dzikie gołębie.
Recytował zaklęcie obijając niemiłosiernie obracany patyk
zgodnie z rytuałem stosowanym z dawien dawna podczas wyrabiania ekologicznych
gwizdków. Umiejętnie obita młoda kora dawała się w całości oddzielić od drewna.
Po ściągnięciu skórki i wykonaniu odpowiednich nacięć na patyku można już było
popiskiwać i pogwizdywać do woli a ktoś posiadający muzyczny słuch mógł na tym
zaimprowizowanym instrumencie grać nawet proste melodie.
Wyliń mi się piszczałeczko
Dam ci…
-O kur.. jego mać – wrzasnął
Tadeusz po uderzeniu się trzonkiem noża w palec.
- Nie bluźnij – strofował go
jeden z siedzących obok drzewa chłopców.
- Ee! Co ty wiesz o bluzganiu? –
zripostował Tadek i zaczął opowiadać.
Pewne postępowe małżeństwo wychowywało bezstresowo małego
Jasia, Nic, więc dziwnego, że dzieciak był rozpuszczony jak dziadowskie portki
a przeklinał ja szewc w poniedziałki. Zdarzyło się, że zaprosili na obiad
kuzynostwo i chcieli na nich zrobić dobre wrażenie. Przygotowali się do tej
wizyty jak Pan Bóg przykazał a Jasia postanowili przekupić nową hulajnogą pod
warunkiem, że przy obiedzie nie będzie przeklinał. Wszystko przebiegało zgodnie
z planem dopóki dwie muchy, co szczepiły się w powietrzu nie wpadły do
Jasiowego talerza. No tego Jasio ścierpieć już nie mógł i wrzasnął
doprowadzając rodziców do stanu rozpaczy:
Ch.j, kur..a w dup.. noga w piz..
poszła hulajnoga,
ale kur.. nie pozwolę, żeby mi się
muchy pierd….. w rosole.
-No, kto zna lepszy kawał - triumfalnie zakończył Pigularz i
nie czekając odpowiedzi z ochotą ciągnął dalej. No cóż chłopaki. W czynszowych
odrapanych kamienicach jedna izba dla całej rodziny była regułą. W takich
warunkach erotyczne swawole damsko-męskie miały konspiracyjny charakter z
powodu dzieci, które rzekomo pozostawały w nieświadomości zanim nie weszły w
wiek pobudzenia seksualnego. Pól biedy było nocą, kiedy mama spółkowała z tatą
w ciemnościach a przebudzona dzieciarnia słyszała tylko skrzypienie łóżka,
stękanie i przyspieszone oddechy rodziców. Gorzej było w dzień, kiedy pod
nieobecność taty przychodził do mamy listonosz. Józio za mały był, żeby go
wysłać zimą na podwórko. Musiał biedak wyglądać przez okno i nie odwracać głowy
pod żadnym pozorem. Zdarzyło się jednak, że listonosz zbyt długo pchał mamę na
pocztę, więc chłopiec zaczynał się przy oknie wiercić. Na to mama w obawie
przed dekonspiracją rzuciła chłopakowi pytanie. – Józiu, co tam u Kowalskich po
drugiej stronie się dzieje. – U Kowalskich też się pier…. bo Tomek w oknie stoi
– zemścił się chłopiec.
Następnego dnia deszcz siąpił od rana,
więc cwany listonosz kazał Józiowi wypatrywać przechodniów bez czapek obiecując
złotówkę od każdego łebka. Minął jakiś czas a chłopak posmutniał, bo nie
zobaczył nikogo z gołą głową, Po chwili jednak zaczął się śmiać do rozpuku.
-, Czemu się śmiejesz - zapytała
mamusia. A Józio z wigorem na to, ale was będzie dzisiaj to pierd…nie
kosztowało. Pogrzeb idzie!
Ukochany przez propagandę Związek Radziecki
do tego stopnia ludziom obrzydł, że we wszystkich kawałach rola czarnego luda
przypadała Ruskim. Na ważnym międzynarodowym seminarium uczestnicy z podziwem
słuchali jak gumowa piłka zapobiegła czołowemu zderzeniu pociągów przypadkowo
wpadając między dwie pędzące naprzeciw siebie lokomotywy. Fakt, że zgniatana
potworną siłą nie pękła miał świadczyć o najwyższej, jakości amerykańskiej
gumy. Z taką oceną nie zgodził się tylko towarzysz radziecki twierdząc, ze
najlepsza gumę produkuje się w jego kraju. Pytany, czym może udowodnić swoja
tezę opowiedział o pewnym zdarzeniu w Warszawie. Otóż jeden z pracujących przy
budowie Pałacu Kultury robotników, obuty w gumowe kalosze Wania spadł z
wysokości 30 piętra. I co, i co mu się stało? – pytali zaciekawieni słuchacze.
– Z Wani gówno, ale kalosze całe – dopowiedział z dumą Ruski. Oczywiście kawały
te były od dawna wszystkim znane a mimo tego ciągle wzbudzały śmiech. Słuchanie
ich a nawet opowiadanie w niczym nie przeszkadzało rozlokowanej pod drzewem ferajnie
zawzięcie grać w noża. Gra polegał na wbijaniu scyzoryka ostrzem w murawę z
różnych pozycji. Najtrudniejszy był przytyk, czyli taki rzut, po którym kozik
robiąc w powietrzu salto wbijał się w ziemię. Najbardziej zapalonymi graczami
byli bracia Madejakowie. Starszy z nich Jerzyk rzucał właśnie nożem a młodszy
Jasiek czekał na swoją kolejkę, żeby włączyć się do gry po ewentualnym
nieudanym rzucie starszego brata.
Początek lat siedemdziesiątych zapisał się w
historii, jako czas kolonializmu na świecie. Wrogie siły imperializmu
zniewalającego narody przegrywały z kretesem wywołując euforię w
socjalistycznych mediach wrażliwych na krzywdę Murzynów. O krzywdzie pół
niewolników, czyli polskich chłopów nikt się wtedy nawet nie zająknął, Mieli
natomiast Polacy dokładne relację o goniących kolonizatorów, albo wyrzynających
się wzajemnie plemionach z afrykańskiego buszu. O Kongu Belgijskim pisało i
mówiło się tak dużo, że przywódcy walczących tam frakcji byli w Polsce bardziej
znani niż gwiazdy mody, filmu czy estrady. Nic, więc dziwnego, ze układano o
nich kawały. Jasiek, Madejak zasłyszał gdzieś anegdotę o tym jak walczący z
sobą, na co dzień kacykowie udali się wspólnie do wyimaginowanego baru na
popijawę.
- Lu Mumba – skinął na barmana Patrice poczym
czarni chłopcy bawili się
wesoło aż do momentu, kiedy przyszło
uregulować należność.
- Kasvubu – powiedział Patrice Lumumba
wskazując kolegę, jako płatnika.
Barman wyraźnie nie zrozumiał i
nie miał ochoty do żartów
- Cooo! Kasa bubu? – wrzasnął z wściekłością
i nie czekając na
na odpowiedź zaczął napierd….
balangowiczów.
- Mo butu, Mo butu, w czombe w
czombe.
W ten sposób Lumumba, Mobutu,
Kasavubu i Czombe, gwiazdy socjalistycznych środków przekazu odebrali tęgie
lanie od właściciela baru w afrykańskim buszu. Kawał był dość trudny w
odbiorze. Cała jego śmieszność zasadzała się na grze słów i bez dobrej
znajomości ogarniętego wojną domową Konga nie miał dla słuchacza żadnego sensu.
Tak jednak nie było, bo wolskie chłopaki wiedziały o Czarnym Lądzie więcej niż
o Krzysztoporskich, założycielach Woli.
Stłamszone przez stalinizm społeczeństwo
zdążyło się już nacieszyć skromną namiastka wolności, ale nadal funkcjonowały w
najlepsze cięte dowcipy o największym zbrodniarzu w historii. Za jego panowania
każdy porządny Polak czuł się w obowiązku przeciwstawić sowieckiej zarazie
bodaj szeptanym słowem. Pewien patriota nauczył swoja papugę rzucać
przekleństwa na generalissimusa.- Żeby Stalin zdechł! – krzyczała na zawołanie
kolorowa ara. Niestety ku domowej hańbie roiło się w kraju od szpiclów i
kapusiów. No i stało się. Pewnego wieczoru, kiedy ptak w najlepsze przeklinał
wodza za oknem przewinął się cień donosiciela. Przerażony właściciel papugi
wiedział już, co go czeka, lecz gdy pierwszy strach minął postanowił ratować
się przed wizytą w katowni Urzędu Bezpieczeństwa. Co sił w nogach pobiegł ze
swoją podopieczną do księdza, który posiadał identyczną arę. Kapłan w trosce o
swego parafianina zgodził się na zamianę ptaków. Ledwie wrócił do domu a już do
drzwi załomotali tajniacy. Odepchnęli otwierającego im gospodarza i rzucili się
szukać papugi a ona spokojnie siedziała w klatce i milczała jak zaklęta. Bez
jakichkolwiek, choćby sfałszowanych dowodów winy nawet ubowcom nie wolno było
zakuć człowieka w kajdany. Próbowali, więc zmusić ptaka do mówienia, ale
bezskutecznie. Zaczęli, więc podpowiadać arze trefne hasło. Żeby Stalin zdechł
– zaczynali skandować ubowcy. Papuga milczała jeszcze jakiś czas aż wreszcie
nękana ustawicznymi krzykami bezpieczniaków zawołała dostojnie wielkim głosem.
– Słuchaj Jezu jak cię błaga lud!
Ruski uchodził za wrednego cwaniaka, dlatego
mało, kto wierzył, że Pałac Kultury to bezinteresowny dar Stalina. W czystość
intencji towarzyszy radzieckich wątpili szczególnie chłopi ciężko doświadczeni
przez ludową władzę. Pewnego dnia przed Pałacem zjawiła się grupka sołtysów
zwiedzających Warszawę. Pałac prezentował się imponująco na tle niskiej
zabudowy centrum stolicy. Przewodnik wycieczki aż piał z zachwytu nad
szczodrością radzieckich przyjaciół. Nie zdołał jednak zmylić czynności sołtysa
Biegarczyka, który wyraźnie zaniepokojony długo przyglądał się fasadzie
potężnego gmachu. Wreszcie podszedł do przewodnika i zapytał.
- Panie, ile to okien jest w tym pałacu?
- Pewnie więcej jak tysiąc – odpowiedział z
dumą w głosie przewodnik.
- O Jezu! – krzyknął z wrażenia sołtys.
-, Co wam jest sołtysie – zmartwił się
przewodnik.
- Nic, tylko sobie przypomniałem jak u nas
na wsi pewien bogaty gospodarz
postawił biednej, młodej wdowie dom o
dwóch oknach i ją za to
pierd…. przez dwadzieścia lat.
Złote promienie przeciskały się przez plątaninę liści grając
światłocieniami na kretonowych wypuszczonych na spodnie koszulach chłopaków
noszonych według kanonów najnowszej, młodzieżowej mody. Pożądana była
różnorodność kolorów i wzorów z wyjątkiem kwiecistych, przeznaczonych dla
dziewczyn a u chłopaków uchodzących za obciach. Wypłowiałe od słońca czupryny
roześmianych, beztroskich wyrostków skupione wokół jednej rudej przypominały
kolorowe ruchome plamy w głębi impresjonistycznego obrazu. -
No chłopaki, gadka lubi dym – odezwał się Karol właściciel rudej uczesanej na
bok
fryzury. Wyciągnął sfatygowaną
paczkę giewontów i zaczął częstować. Nikt nie
sięgnął do ozdobionego głową zbójnika
opakowania.
- Ostatniego to nawet świnia nie
bierze – wtrącił się Stasiek Kuciapa.
- Nie moja wina chłopaki, ze fajki
się skończyły – usprawiedliwiał się nieco
zmieszany Karol zaczynając
rytualne palenie tytoniu.
Karol zaciągał się raz za razem a
błogi niebieski dymek snuł się pod akacją drażniąc nozdrza wchodzących w nałóg
młodocianych palaczy.
- Przyjechali kowboje każdy pali swoje –
wyrecytował Jerzyk wyciągając nadkruszonego nieco papierosa z zakamarków
ubrania. Przyjechali bandyci każdy pali, co schwyci
– zawołał Marek Lasota i porwał Jerzykowi zapalonego już giewonta.
Zaciągnął się tylko raz i oddał
zdobycz, czym prędzej, bo Jurek, choć mizernego wzrostu był sprytny, zawzięty i
nie dał sobie w kaszę dmuchać. W chwilę później nieliczne papierosy wędrowały
solidarnie z ust do ust i tytoniowy rytuał trwał aż do ostatniego sztacha oddanego
w momencie, kiedy już tylko grubość tytoniowego liścia dzieliła ogień od warg.
Dym tytoniowy podnosił chłopakom ciśnienie. Do głowy cisnęła się adrenalina.
Pod drzewem zrobiło się gwarniej i weselej.
- Za stodołą, za wujową ksiądz tańcował z Maciejową.
Kogut zapiał, pies zaszczekał, ksiądz się
zesr.. i uciekał – zanucił
Mirek jedną ze swoich sprośnych piosenek.
- Chłopaki dość głupot, czas zająć się poważną
literaturą – wtrącił się Janek.
Może by tak sięgnąć po Mickiewicza?
- Nie nudź stary – odezwało się kilka
głosów.
- Posłuchajcie bajki o kruku i
lisie z morałem – nie ustępował Janek.
Kruk siedział na drzewie … i
trzymał w dziobie kawałek sera – przerwał
mu ktoś.
-Nie, trzymał w dziobie kawałek chleba – kontynuował Janek.
Kruku, jaki ty masz piękny głos.
Zaśpiewaj – kusił lis. Kruk, który Mickiewicza czytał nabrać się nie dał. Lis
nie dał za wygraną, pomyślał chwilę i zawołał. – Kruku orzeł ci żonę pier….
Krrrrra – krzyknął kruk z wściekłości. Chleb wypadł mu z dzioba a lis go
pochwycił i poszedł w las.
- No i co z tego? – odezwały
się głosy
Morał z tego taki – Janek nie
dal się zbić z tropu. Jak szef ci żonę pierd… to
nie otwieraj dzioba, bo możesz chleb
stracić.
Nie ustał jeszcze wybuch śmiechu a Janek znów zaczął
opowiadać jak ksiądz, organista i kościelny chodzili na randki do tej samej
mężatki. Wszystko dobrze się układało do czasu aż pech sprawił, że zjawili się
u niej w tym samym terminie a ktoś życzliwy zawiadomił męża rozpustnicy.
Zdesperowany mąż wpadł do mieszkania z siekierą krzycząc, - Jaja wam poucinam
skurw….. Niefortunni kochankowie zdążyli
umknąć przez okno, lecz trauma ich nie opuszczała. W niedzielę na uroczystej
mszy zaśpiewał ksiądz przed ołtarzem:
- Żebyśmy nie pouciekali. -To by nam
poucinali – odpowiedział mu z chóru organista. - Jaja – zakończył kościelny w
drzwiach zakrystii.
Ten ostatni kawał był ogólnie znany, więc kwestię finałową
kościelnego zaśpiewali chórem wszyscy biwakujący pod drzewem chłopcy. Słowo
jaja wydobyte z kilkunastu gardeł poniosło się po parku a kiedy wrzawa ucichła
odezwał się Mirek.
- Chłopaki, jaka jest różnica między
kobieta i butelką?
-, Ale porównanie – odezwał się ktoś z
przyganą w głosie.
Więcej jednak było ciekawskich, którzy chcieli poznać
rozwiązanie zagadki i zachęcali Mirka do ujawnienia tajemnicy.
- Różnica jest zasadnicza – kontynuował Mirek. W butelkę najpierw się
leje a potem korkuje a kobietę najpierw się korkuje a potem w nią leje.
- Mirek świństwa opowiadasz – próbował
zawstydzić go Karol.
Odpowiedz mi lepiej czy ciało w ciało
wejdzie.
- Ja mówię, że wejdzie – odezwał się
Pigularz.
- Taaak. No, jeśli tak myślisz to włóż mi
pół języka do dupy – z ironicznym
uśmiechem zaproponował mu Karol.
Zbity z tropu Pigularz tylko ręką machnął ze złości, choć
rosła w nim żądza zemsty za upokorzenie a Karol zaczął go niby przepraszać,
choć uśmiech miał jakiś zafałszowany.
-
Przepraszam Tadziu. Nie gniewaj się. Gniewasz się jeszcze? – pytał.
-
No coś ty. Nie gniewam się – chciał zbagatelizować sprawę Tadek.
- Tak, nie gniewasz się? To włóż mi
cały – triumfował Karol.
Wściekły Pigularz nie zamierzał jednak ustąpić mu pola
- No dobrze skoro jesteś taki mądry to rozwiń
moją zagadkę. co to jest?
Małe, czarne, obrośnięte i kończy się na
niu.
- Na
niu, na niu zastanawiał się Karol.
- Pizda gamuniu – wystrzelił Tadek i
zakomenderował. – Chłopaki róbmy
rząd i idźmy stąd.
W odpowiedzi na zawołanie ferajna podzieliła się. Wsiuchy w
ślad za Pigularzem ruszyły do domów drogą za ogrodem a Folwarusy za Karolem w
stronę przyfabrycznych zabudowań.
Z książki Odłamki czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz