sobota, 29 września 2012

Muchy w rosole



W północno-zachodnim segmencie parku stało drzewo potężne, lecz od środka już próchniejące. Mocno się jeszcze trzymało na korzeniach zagłębionych w twardej zwięzłej glebie. Sądząc po charakterystycznych, wąskich liściach i twardości drewna skutecznie opierającego się niejednemu scyzorykowi musiała to być akacja. Drzewo mogło pamiętać Jana Krzysztoporskiego, który za chłopięcych lat być może uciekał piastunce w najbardziej oddalone od pałacu zakątki ogrodu. Może dorosły już Jan senator i sekretarz królewski odpoczywał tu z książką ze swojej słynnej biblioteki po powrocie z zagranicznych wojaży. Mogło tak być, ale nie ma nikogo, kto mógłby to potwierdzić bądź temu zaprzeczyć. Jedno jest pewne, że sławny ów magnat stąpał niegdyś po tej właśnie ziemi. Teraz pod drzewem siedział Tadek Pigularz i na wystającym nieco z ziemi korzeniu opierał młody, wierzbowy pęd i uderzał weń rytmicznie trzymanym z ostrze scyzorykiem.
              Wyliń mi się piszczałeczko
              Dam ci grosik i jajeczko.
              A jak mi się nie wylinisz?
              Powieszę cię na suchym dębie
              niech cie zjedzą dzikie gołębie.
Recytował zaklęcie obijając niemiłosiernie obracany patyk zgodnie z rytuałem stosowanym z dawien dawna podczas wyrabiania ekologicznych gwizdków. Umiejętnie obita młoda kora dawała się w całości oddzielić od drewna. Po ściągnięciu skórki i wykonaniu odpowiednich nacięć na patyku można już było popiskiwać i pogwizdywać do woli a ktoś posiadający muzyczny słuch mógł na tym zaimprowizowanym instrumencie grać nawet proste melodie.
                        Wyliń mi się piszczałeczko
             Dam ci…
-O kur.. jego mać – wrzasnął Tadeusz po uderzeniu się trzonkiem noża w palec.
- Nie bluźnij – strofował go jeden z siedzących obok drzewa chłopców.
- Ee! Co ty wiesz o bluzganiu? – zripostował Tadek i zaczął opowiadać.
Pewne postępowe małżeństwo wychowywało bezstresowo małego Jasia, Nic, więc dziwnego, że dzieciak był rozpuszczony jak dziadowskie portki a przeklinał ja szewc w poniedziałki. Zdarzyło się, że zaprosili na obiad kuzynostwo i chcieli na nich zrobić dobre wrażenie. Przygotowali się do tej wizyty jak Pan Bóg przykazał a Jasia postanowili przekupić nową hulajnogą pod warunkiem, że przy obiedzie nie będzie przeklinał. Wszystko przebiegało zgodnie z planem dopóki dwie muchy, co szczepiły się w powietrzu nie wpadły do Jasiowego talerza. No tego Jasio ścierpieć już nie mógł i wrzasnął doprowadzając rodziców do stanu rozpaczy:
                       Ch.j, kur..a w dup.. noga w piz.. poszła hulajnoga,
                       ale kur.. nie pozwolę, żeby mi się muchy pierd….. w rosole.
-No, kto zna lepszy kawał - triumfalnie zakończył Pigularz i nie czekając odpowiedzi z ochotą ciągnął dalej. No cóż chłopaki. W czynszowych odrapanych kamienicach jedna izba dla całej rodziny była regułą. W takich warunkach erotyczne swawole damsko-męskie miały konspiracyjny charakter z powodu dzieci, które rzekomo pozostawały w nieświadomości zanim nie weszły w wiek pobudzenia seksualnego. Pól biedy było nocą, kiedy mama spółkowała z tatą w ciemnościach a przebudzona dzieciarnia słyszała tylko skrzypienie łóżka, stękanie i przyspieszone oddechy rodziców. Gorzej było w dzień, kiedy pod nieobecność taty przychodził do mamy listonosz. Józio za mały był, żeby go wysłać zimą na podwórko. Musiał biedak wyglądać przez okno i nie odwracać głowy pod żadnym pozorem. Zdarzyło się jednak, że listonosz zbyt długo pchał mamę na pocztę, więc chłopiec zaczynał się przy oknie wiercić. Na to mama w obawie przed dekonspiracją rzuciła chłopakowi pytanie. – Józiu, co tam u Kowalskich po drugiej stronie się dzieje. – U Kowalskich też się pier…. bo Tomek w oknie stoi – zemścił się chłopiec.
            Następnego dnia deszcz siąpił od rana, więc cwany listonosz kazał Józiowi wypatrywać przechodniów bez czapek obiecując złotówkę od każdego łebka. Minął jakiś czas a chłopak posmutniał, bo nie zobaczył nikogo z gołą głową, Po chwili jednak zaczął się śmiać do rozpuku.
                     -, Czemu się śmiejesz - zapytała mamusia. A Józio z wigorem na to, ale was będzie dzisiaj to pierd…nie kosztowało. Pogrzeb idzie!
              Ukochany przez propagandę Związek Radziecki do tego stopnia ludziom obrzydł, że we wszystkich kawałach rola czarnego luda przypadała Ruskim. Na ważnym międzynarodowym seminarium uczestnicy z podziwem słuchali jak gumowa piłka zapobiegła czołowemu zderzeniu pociągów przypadkowo wpadając między dwie pędzące naprzeciw siebie lokomotywy. Fakt, że zgniatana potworną siłą nie pękła miał świadczyć o najwyższej, jakości amerykańskiej gumy. Z taką oceną nie zgodził się tylko towarzysz radziecki twierdząc, ze najlepsza gumę produkuje się w jego kraju. Pytany, czym może udowodnić swoja tezę opowiedział o pewnym zdarzeniu w Warszawie. Otóż jeden z pracujących przy budowie Pałacu Kultury robotników, obuty w gumowe kalosze Wania spadł z wysokości 30 piętra. I co, i co mu się stało? – pytali zaciekawieni słuchacze. – Z Wani gówno, ale kalosze całe – dopowiedział z dumą Ruski. Oczywiście kawały te były od dawna wszystkim znane a mimo tego ciągle wzbudzały śmiech. Słuchanie ich a nawet opowiadanie w niczym nie przeszkadzało rozlokowanej pod drzewem ferajnie zawzięcie grać w noża. Gra polegał na wbijaniu scyzoryka ostrzem w murawę z różnych pozycji. Najtrudniejszy był przytyk, czyli taki rzut, po którym kozik robiąc w powietrzu salto wbijał się w ziemię. Najbardziej zapalonymi graczami byli bracia Madejakowie. Starszy z nich Jerzyk rzucał właśnie nożem a młodszy Jasiek czekał na swoją kolejkę, żeby włączyć się do gry po ewentualnym nieudanym rzucie starszego brata.
              Początek lat siedemdziesiątych zapisał się w historii, jako czas kolonializmu na świecie. Wrogie siły imperializmu zniewalającego narody przegrywały z kretesem wywołując euforię w socjalistycznych mediach wrażliwych na krzywdę Murzynów. O krzywdzie pół niewolników, czyli polskich chłopów nikt się wtedy nawet nie zająknął, Mieli natomiast Polacy dokładne relację o goniących kolonizatorów, albo wyrzynających się wzajemnie plemionach z afrykańskiego buszu. O Kongu Belgijskim pisało i mówiło się tak dużo, że przywódcy walczących tam frakcji byli w Polsce bardziej znani niż gwiazdy mody, filmu czy estrady. Nic, więc dziwnego, ze układano o nich kawały. Jasiek, Madejak zasłyszał gdzieś anegdotę o tym jak walczący z sobą, na co dzień kacykowie udali się wspólnie do wyimaginowanego baru na popijawę.
              - Lu Mumba – skinął na barmana Patrice poczym czarni chłopcy bawili się
                 wesoło aż do momentu, kiedy przyszło uregulować należność.
              - Kasvubu – powiedział Patrice Lumumba wskazując kolegę, jako płatnika.
             
Barman wyraźnie nie zrozumiał i nie miał ochoty do żartów
              - Cooo! Kasa bubu? – wrzasnął z wściekłością i nie czekając na
                 na odpowiedź zaczął napierd…. balangowiczów.
              - Mo butu, Mo butu, w czombe w czombe.
W ten sposób Lumumba, Mobutu, Kasavubu i Czombe, gwiazdy socjalistycznych środków przekazu odebrali tęgie lanie od właściciela baru w afrykańskim buszu. Kawał był dość trudny w odbiorze. Cała jego śmieszność zasadzała się na grze słów i bez dobrej znajomości ogarniętego wojną domową Konga nie miał dla słuchacza żadnego sensu. Tak jednak nie było, bo wolskie chłopaki wiedziały o Czarnym Lądzie więcej niż o Krzysztoporskich, założycielach Woli.
               Stłamszone przez stalinizm społeczeństwo zdążyło się już nacieszyć skromną namiastka wolności, ale nadal funkcjonowały w najlepsze cięte dowcipy o największym zbrodniarzu w historii. Za jego panowania każdy porządny Polak czuł się w obowiązku przeciwstawić sowieckiej zarazie bodaj szeptanym słowem. Pewien patriota nauczył swoja papugę rzucać przekleństwa na generalissimusa.- Żeby Stalin zdechł! – krzyczała na zawołanie kolorowa ara. Niestety ku domowej hańbie roiło się w kraju od szpiclów i kapusiów. No i stało się. Pewnego wieczoru, kiedy ptak w najlepsze przeklinał wodza za oknem przewinął się cień donosiciela. Przerażony właściciel papugi wiedział już, co go czeka, lecz gdy pierwszy strach minął postanowił ratować się przed wizytą w katowni Urzędu Bezpieczeństwa. Co sił w nogach pobiegł ze swoją podopieczną do księdza, który posiadał identyczną arę. Kapłan w trosce o swego parafianina zgodził się na zamianę ptaków. Ledwie wrócił do domu a już do drzwi załomotali tajniacy. Odepchnęli otwierającego im gospodarza i rzucili się szukać papugi a ona spokojnie siedziała w klatce i milczała jak zaklęta. Bez jakichkolwiek, choćby sfałszowanych dowodów winy nawet ubowcom nie wolno było zakuć człowieka w kajdany. Próbowali, więc zmusić ptaka do mówienia, ale bezskutecznie. Zaczęli, więc podpowiadać arze trefne hasło. Żeby Stalin zdechł – zaczynali skandować ubowcy. Papuga milczała jeszcze jakiś czas aż wreszcie nękana ustawicznymi krzykami bezpieczniaków zawołała dostojnie wielkim głosem. – Słuchaj Jezu jak cię błaga lud!
              Ruski uchodził za wrednego cwaniaka, dlatego mało, kto wierzył, że Pałac Kultury to bezinteresowny dar Stalina. W czystość intencji towarzyszy radzieckich wątpili szczególnie chłopi ciężko doświadczeni przez ludową władzę. Pewnego dnia przed Pałacem zjawiła się grupka sołtysów zwiedzających Warszawę. Pałac prezentował się imponująco na tle niskiej zabudowy centrum stolicy. Przewodnik wycieczki aż piał z zachwytu nad szczodrością radzieckich przyjaciół. Nie zdołał jednak zmylić czynności sołtysa Biegarczyka, który wyraźnie zaniepokojony długo przyglądał się fasadzie potężnego gmachu. Wreszcie podszedł do przewodnika i zapytał.
               - Panie, ile to okien jest w tym pałacu?
               - Pewnie więcej jak tysiąc – odpowiedział z dumą w głosie przewodnik.
               - O Jezu! – krzyknął z wrażenia sołtys.
               -, Co wam jest sołtysie – zmartwił się przewodnik.
               - Nic, tylko sobie przypomniałem jak u nas na wsi pewien bogaty gospodarz
                  postawił biednej, młodej wdowie dom o dwóch oknach i ją za to
                  pierd…. przez dwadzieścia lat.
Złote promienie przeciskały się przez plątaninę liści grając światłocieniami na kretonowych wypuszczonych na spodnie koszulach chłopaków noszonych według kanonów najnowszej, młodzieżowej mody. Pożądana była różnorodność kolorów i wzorów z wyjątkiem kwiecistych, przeznaczonych dla dziewczyn a u chłopaków uchodzących za obciach. Wypłowiałe od słońca czupryny roześmianych, beztroskich wyrostków skupione wokół jednej rudej przypominały kolorowe ruchome plamy w głębi impresjonistycznego obrazu.       - No chłopaki, gadka lubi dym – odezwał się Karol właściciel rudej uczesanej na bok 
                fryzury. Wyciągnął sfatygowaną paczkę giewontów i zaczął częstować. Nikt nie
                sięgnął do ozdobionego głową zbójnika opakowania.
             - Ostatniego to nawet świnia nie bierze – wtrącił się Stasiek Kuciapa.
             - Nie moja wina chłopaki, ze fajki się skończyły – usprawiedliwiał się nieco
               zmieszany Karol zaczynając rytualne palenie tytoniu.
Karol zaciągał się raz za razem a błogi niebieski dymek snuł się pod akacją drażniąc nozdrza wchodzących w nałóg młodocianych palaczy.
                - Przyjechali kowboje każdy pali swoje – wyrecytował Jerzyk wyciągając nadkruszonego nieco papierosa z zakamarków ubrania.                                                Przyjechali bandyci każdy pali, co schwyci – zawołał Marek Lasota i porwał Jerzykowi zapalonego już giewonta.
Zaciągnął się tylko raz i oddał zdobycz, czym prędzej, bo Jurek, choć mizernego wzrostu był sprytny, zawzięty i nie dał sobie w kaszę dmuchać. W chwilę później nieliczne papierosy wędrowały solidarnie z ust do ust i tytoniowy rytuał trwał aż do ostatniego sztacha oddanego w momencie, kiedy już tylko grubość tytoniowego liścia dzieliła ogień od warg. Dym tytoniowy podnosił chłopakom ciśnienie. Do głowy cisnęła się adrenalina. Pod drzewem zrobiło się gwarniej i weselej.
 - Za stodołą, za wujową ksiądz tańcował z Maciejową.
   Kogut zapiał, pies zaszczekał, ksiądz się zesr.. i uciekał – zanucił
   Mirek jedną ze swoich sprośnych piosenek.
 - Chłopaki dość głupot, czas zająć się poważną literaturą – wtrącił się Janek.
   Może by tak sięgnąć po Mickiewicza?
                - Nie nudź stary – odezwało się kilka głosów.
                - Posłuchajcie bajki o kruku i lisie z morałem – nie ustępował Janek.
                   Kruk siedział na drzewie … i trzymał w dziobie kawałek sera – przerwał
                   mu ktoś.
                 -Nie, trzymał w dziobie kawałek chleba – kontynuował Janek.
Kruku, jaki ty masz piękny głos. Zaśpiewaj – kusił lis. Kruk, który Mickiewicza czytał nabrać się nie dał. Lis nie dał za wygraną, pomyślał chwilę i zawołał. – Kruku orzeł ci żonę pier…. Krrrrra – krzyknął kruk z wściekłości. Chleb wypadł mu z dzioba a lis go pochwycił i poszedł w las.
                 - No i co z tego? – odezwały się głosy
                   Morał z tego taki – Janek nie dal się zbić z tropu. Jak szef ci żonę pierd… to
                   nie otwieraj dzioba, bo możesz chleb stracić.
Nie ustał jeszcze wybuch śmiechu a Janek znów zaczął opowiadać jak ksiądz, organista i kościelny chodzili na randki do tej samej mężatki. Wszystko dobrze się układało do czasu aż pech sprawił, że zjawili się u niej w tym samym terminie a ktoś życzliwy zawiadomił męża rozpustnicy. Zdesperowany mąż wpadł do mieszkania z siekierą krzycząc, - Jaja wam poucinam skurw…..  Niefortunni kochankowie zdążyli umknąć przez okno, lecz trauma ich nie opuszczała. W niedzielę na uroczystej mszy zaśpiewał ksiądz przed ołtarzem:
                - Żebyśmy nie pouciekali. -To by nam poucinali – odpowiedział mu z chóru organista. - Jaja – zakończył kościelny w drzwiach zakrystii.
Ten ostatni kawał był ogólnie znany, więc kwestię finałową kościelnego zaśpiewali chórem wszyscy biwakujący pod drzewem chłopcy. Słowo jaja wydobyte z kilkunastu gardeł poniosło się po parku a kiedy wrzawa ucichła odezwał się Mirek.
                 - Chłopaki, jaka jest różnica między kobieta i butelką?
                -, Ale porównanie – odezwał się ktoś z przyganą w głosie.
Więcej jednak było ciekawskich, którzy chcieli poznać rozwiązanie zagadki i zachęcali Mirka do ujawnienia tajemnicy.
               - Różnica jest zasadnicza – kontynuował Mirek. W butelkę najpierw się leje a potem korkuje a kobietę najpierw się korkuje a potem w nią leje.
                 - Mirek świństwa opowiadasz – próbował zawstydzić go Karol.
                   Odpowiedz mi lepiej czy ciało w ciało wejdzie.
                 - Ja mówię, że wejdzie – odezwał się Pigularz.
                - Taaak. No, jeśli tak myślisz to włóż mi pół języka do dupy – z ironicznym
                   uśmiechem zaproponował mu Karol.
Zbity z tropu Pigularz tylko ręką machnął ze złości, choć rosła w nim żądza zemsty za upokorzenie a Karol zaczął go niby przepraszać, choć uśmiech miał jakiś zafałszowany.
                  - Przepraszam Tadziu. Nie gniewaj się. Gniewasz się jeszcze? – pytał.
                    - No coś ty. Nie gniewam się – chciał zbagatelizować sprawę Tadek.
                    - Tak, nie gniewasz się? To włóż mi cały – triumfował Karol.
Wściekły Pigularz nie zamierzał jednak ustąpić mu pola
              - No dobrze skoro jesteś taki mądry to rozwiń moją zagadkę. co to jest?
               Małe, czarne, obrośnięte i kończy się na niu.
              - Na niu, na niu zastanawiał się Karol.
             - Pizda gamuniu – wystrzelił Tadek i zakomenderował. – Chłopaki róbmy
                rząd i idźmy stąd.
W odpowiedzi na zawołanie ferajna podzieliła się. Wsiuchy w ślad za Pigularzem ruszyły do domów drogą za ogrodem a Folwarusy za Karolem w stronę przyfabrycznych zabudowań.

Z książki Odłamki czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz